#szybkikadr 07 – Creed: Narodziny legendy, Lobster, Slow West


Szybki kadr (#szybkikadr) z założenia ma krótko opisywać i oceniać filmy (seriale), które oglądam. Nie zawsze dobre, nie zawsze genialne, często miernoty, czasami niemiłosierne gnioty, najczęściej średniaki. Filmy, o których nie ma sensu pisać elaboratu i poświęcać całej notki.

W odcinku siódmym szybkiego kadru mierzę się z trzema filmami, o których praktycznie nic nie słyszałem. Zero trailerów, zero spoilerów, prawie w ogóle informacji. Jest tu jedna perełka, jeden świetny film oraz przeciętniak. Poniżej recenzja Creed: Narodziny legendy, recenzja Lobster i pseudo recenzja Slow West.

Creed: Narodziny legendy (Creed, 2015)

Zabierałem się za Creed: Narodziny legendy bez specjalnych oczekiwań. Ot, kolejny film o boksie. Mieliśmy w tym sezonie już jeden bokserski obraz – Do utraty sił (Southpaw, 7/10 z bardzo dobrą rolą Gyllenhaala, przyp. zureklukasz.com). Wtedy pisałem na fejsie o dobrym dramacie sportowym, odrysowanym od idealnego szablonu kina bokserskiego przez sprawnych twórców. Bo przecież nic już w tej materii nie da się wymyślić nadzwyczajnego. Wystarczy tylko fachowo zrealizować całość. A jednak…

A jednak film, o którym kompletnie nic nie wiedziałem, po którym niczego się nie spodziewałem, uderzył mnie w trakcie trwania seansu najpierw lewym prostym, szybką serią na korpus, później poprawił kilkoma prawymi, by ostatecznie znokautować podbródkowym. Klasyczny nokaut. Łzy w oczach – i nie wiem czy ze wzruszenia, czy dlatego, że oglądam kolejny film na miano dziewiątki, tak rzadkiej w 2015 roku. Absolutna niespodzianka i jedna z lepszych pozycji w mijającym roku.

Creed

Adonis Johnson (Michael B. Jordan) jest nieślubnym dzieckiem Apollo Creeda, legendy boksu. W młodości zostaje adoptowany przez żonę słynnego boksera. A że młody Creed ma boksowanie we krwi i pokątnie pierze się po twarzy w nielegalnych walkach, jego papierkowa praca za biurkiem jest zagrożona (bogaty, nie musi walczyć, by zapewnić sobie byt). Pewnego dnia daje przybranej mamie buziaka i postanawia odszukać byłego rywala-kumpla ojca. Przybywa z LA do Filadelfii, by trafić pod skrzydła (ramiona) białej legendy boksu. W tym czasie Rocky w swoim kapeluszu prowadzi restaurację, jego życie polega bardziej na przerzucaniu cebuli niż na bieganiu w szarym dresie po amerykańskiej dzielnicy.

Dramat sportowy, a konkretnie film bokserski rządzi się swoimi prawami, musi zawierać klisze. Pewne elementy całej bokserskiej układanki są stałe i muszą w filmie występować. Dlatego też w Creed: Narodziny legendy mamy obowiązkowe puzzle:
– sekwencje treningu;
– budowanie własnego mitu (i tu wyjście z cienia ojca);
– najważniejsza walka, to walka z samym sobą;
– dynamiczne, wizualnie dopracowane pojedynki bokserskie;
– wzloty i upadki bohaterów;
– dążenie do kolejnego celu, spełnianie marzeń;
– oddanie się pasji.

Creed

Puzzle puzzlami, prosta fabuła prostą fabułą, ale reżyser Ryan Coogler bierze wszystkie te klocki i wstawia je w odpowiednie miejsca. Umiejętnie przeplata życiorysy dwójki bohaterów, tworząc jeden rewelacyjny obraz. Na głównym planie obserwujemy zmagania młodego chłopaka z legendą ojca. Jednak drugą, nie mniej ważną, płaszczyzną jest tu historia podstarzałego Rocky’ego, który musi stoczyć jeszcze jedną walkę w życiu. A pomiędzy tymi puzzlami dostajemy nienachalne smaczki i odniesienia do poprzednich filmów z serii (wszyscy w Filadelfii znają Rocky’ego, pomnik, świetna scena z filmikiem z youtube wyświetlanym na ścianie itd.).

Coogler zgrabnie łączy dwa pokolenia, dwa światy, dwie osobowości (zabawna scena z gadżetami). Rocky Balboa i Adonis Creed stanowią bardzo zgrany duet, świetnie się uzupełniają. Zresztą, sam boks to tylko pretekst do pokazania relacji bokserów, dawnej legendy i przyszłego mistrza. Sporadyczne walki – punkty milowe w karierze młodego boksera oraz finałowy pojedynek to tylko obowiązkowy schemat takich filmów. To relacja bohaterów jest prawdziwym filarem filmu, jest najważniejsza w tym obrazie, a nie mordobicie w kwadratowym ringu. Spotkanie Creeda i Rocky’ego odmienia ich życie. Jeden dostaje prawdziwego kumpla-ojca, którego mu zawsze brakowało, drugi otrzymuje kopa w walce z przeciwnościami losu.

Creed

Ale Cooglerowi by się ten film nie udał, gdyby nie idealny w roli Creeda Michael B. Jordan (jego stary znajomy z Fruitvale Station). Jordan błyszczy! Mało? Reżyser ma na ekranie Sylvestra Stallone w roli swojego życia, tylko, że kilkadziesiąt lat starszego. Sly jest Rocky’m, gra siebie. Niczego nie musi udawać, kradnie cały drugi plan. To jedna z dwóch najlepszych ról w jego karierze. Jak już pisałem na fejsie/twitterze na gorąco: „Coś czuję, że Stallone stoczy w tym sezonie największą walkę w swej karierze. Z Paulem Dano (Love & Mercy, 7/10, przyp. zureklukasz.com). Najpierw o Globa, później o Oscara. A że Hollywood lubi takie historie, stawiam orzecha, że Rocky zrobi co najmniej jedno K.O.” Do duetu marzenie reżyser dorzuca rewelacyjne, dynamiczne sekwencje walk bokserskich. W dodatku w nienachalny sposób oddaje hołd i jednocześnie reeboot’uje starą serię. Czego chcieć więcej?
Emocje, walka z samym sobą, uczucia, marzenia, pot, łzy.  Czyli ponownie, niby film o boksie, a w rzeczywistości uniwersalny film o życiu. Banalne, małe-wielkie rozrywkowe kino. Brawo Coogler. K.O.

Creed, reż. Ryan Coogler (2015)
Ocena: 9/10
Werdykt: Warto

 

Lobster (Lobster, 2015)

Jest to jeden z tych filmów, który pokochasz albo znienawidzisz, przeklniesz, tudzież wyłączysz po 15 minutach. Obraz ten dzieli kinomanów niemal w takim stopniu jak obecna władza czy Osada M. Night Shyamalana.

Nieokreślona przyszłość. Świat przedstawiony ma precyzyjne określone zasady. Bycie singlem jest przestępstwem. Samotne jednostki nie mogą normalnie żyć w społeczeństwie. Są przenoszone do hotelu, w którym muszą znaleźć partnera w ciągu 45 dni. Gdy tego nie uczynią, zamieniani są w zwierzę, które sami sobie wybiorą. Mieszkańcy hotelu łączą się w pary na podstawie posiadających wad czy ułomności (krótkowzroczność, lecąca krew z nosa). W hotelu masturbacja jest zabroniona i surowo karana (np. przez wsadzenie ręki w toster), a usługi seksualne serwowane są przez staff hotelowy. By tego było mało, mieszkańcy hotelu mogą przedłużyć swoją egzystencję poprzez polowanie i zabijanie samotnych ludzi zamieszkujących pobliski las. Boom!

Lobster

David (Colin Farrell) trafia do takiego hotelu. W razie niepowodzenia swojej „misji”, chciałby zostać zmieniony w homara. Hotelem zarządza despotyczna Olivia Colman. Nasz bohater uczestniczy w przedziwnym życiu hotelu, trzyma się z dwójką singli (kulejący Ben Whishaw oraz John C. Riley). Po pewnym czasie przebywania w tym horror-hotelu, ucieka w pobliskie lasy i dołącza do grupy samotników, którym przewodzi Lea Seydoux. Tam zakochuje się w kobiecie granej przez Rachel Weisz. Tylko, że David z jednego koszmaru ląduje pod rynną innego. W tym społeczeństwie, kolejnej futurystycznej dystopii, miłość i bliskie kontakty są zakazane. Panuje celibat. Wolność jednostki to tylko marzenie. Boom! Ale ten twist to nie koniec filmu.

Lobster

Anglojęzyczny debiut greckiego reżysera Yorgosa Lanthimosa szokuje, śmieszy i prowokuje. To surrealistyczna satyra na społeczeństwo, które uznaje samotność za coś drugiego sortu, bezwartościowego. Krytykuje cywilizację, która piętnuje wolność jednostki, życie w samotności. Ale pokazuje też desperackie dążenie jednostki do sparowania oraz marginalizację osób chcących żyć, tak jak chcą. Tylko czy tak naprawdę ta alternatywna rzeczywistość przedstawiona w filmie jest tak alternatywna i odległa?

Czarny humor wylewa się z ekranu. Brutalne sceny oraz minimalistyczna muzyka z powtarzającym się motywem potęgują specyficzny klimat filmu. Filmu o świetnym pomyśle, z cudownymi scenami, jak np. te, kiedy ludzie z lasu oszukują społeczeństwo podczas wizyt w mieście. W dobie filmów superbohaterskich takie kino aż chce się oglądać. Śmiech przez łzy.

Lobster, reż. Giorgos Lanthimos (2015)
Ocena: 8/10
Werdykt: Warto

 

Slow West (Slow West, 2015)

Skuszony główną nagrodą jury (najlepszy dramat zagraniczny) na festiwalu Sundance oraz nazwiskiem niezawodnego Michaela Fassbendera sięgnąłem po ten antywestern z dużymi nadziejami. W sumie nic o tym filmie nie wiedziałem, oprócz dochodzących ogólnych pisków internetów.

Jay Cavendish (Kodi Smit-McPhee), emigrant z Europy, wyrusza w podróż przez Amerykę, w celu odnalezienia swej miłości życia. Wyznaczono za nią niemałą nagrodę, więc jest poszukiwana przez wszelkiej maści łowców nagród. Młodego Cavendisha spotyka grany przez Fassbendera przewodnik i przyłącza się do niego pod pretekstem ochrony.

Slow West

Reżyser kontrastuje delikatność i ideały młodego chłopca z brutalnym, zepsutym światem Dzikiego Zachodu. Tylko, że ten świat jest po prostu nudny. Krajobrazy nie porywają, dialogi nie bawią. Chociaż trzeba oddać, że mamy tu kilka śmiesznych scen. W dodatku Cavendish patrząc w gwiazdy, myli się oznaczając Pas Oriona (co za fopa :P ). Romantyczna podróż za ukochaną przeradza się w walkę o przetrwanie Cavendisha oraz oglądającego. Motto filmu  – miłość, tak jak i śmierć są uniwersalne – bardziej pasuje do filmu Earl i ja, i umierająca dziewczyna (7/10), który na tym samym Sundance zgarnął nagrodę za najlepszy dramat. Ale o tym filmie w następnym odcinku.
Gdybym miał mierzyć jakość filmu ze względu na liczbę podejść/uśnięć, to Slow West musiałby dostać 2/10. 3 dni – 12 kimnięć. Pobił tym samym Exodus. Plusem filmu jest jego długość. Męczyłem się tylko 80 minut.

Slow West, reż. John Maclean (2015)
Ocena: 5/10
Werdykt: Nie warto

 


  • Pingback: Najlepsze filmy w 2017, czyli premiery 2017 | zureklukasz.com()

  • Quentin.pl

    Staff w Lobsterze wcale nie serwuje usług seksualnych :). Podniecają tylko i perfidnie zostawiają, a że za masturbację jest kara, to rezydenci mają motywację, żeby znaleźć partnera :).

    • Ja to inaczej zinterpretowałem :) A to, że jest karana to oczywistość.
      Wyrabiasz sobie odruch czytania moich głupot, czy to tylko jednorazowa akcja związana konkretnie z Lobsterem? Wątpię, by Cię przyciągnął tekst o Creed :)

      • Quentin.pl

        Obejrzałem Lobstera, poszedłem na FW, żeby ocenić, zobaczyłem, że też wysoko oceniłeś to wpadłem poczytać :). Swoją drogą chyba coś nie teges z linkiem na FW, bo przeniósł mnie na 404.

        • Bo dla mnie jakby nie patrzeć, jeden z ciekawszych filmów roku – stąd wysoka ocena :)
          Faktycznie, coś jakaś spacja się zaplątała. Już poprawione. Dzięki.

  • Pingback: Złote Globy 2016, czyli ZJAWiskowa Lawrence i Leo | zureklukasz.com()

  • Pingback: Joy - recenzja | zureklukasz.com()