#szybkikadr 05 – Szybcy i wściekli 7, Głosy, Jupiter: Intronizacja


Szybki kadr (#szybkikadr) z założenia ma krótko opisywać i oceniać filmy (seriale), które oglądam. Nie zawsze dobre, nie zawsze genialne, często miernoty, czasami niemiłosierne gnioty, najczęściej średniaki. Filmy, o których nie ma sensu pisać elaboratu i poświęcać całej notki.

Szybki kadr odcinek piąty. Zdecydowanie lepiej niż w czwartej odsłonie cyklu. Jedno miłe zaskoczenie, jedna rozrywka z pod znaku wysokooktanowych samochodów i na koniec wydmuszka z pieczątką rodzeństwa Wachowskich oraz kilka słów o recenzentach.

Szybcy i wściekli (Furious 7, 2015)

Wielkim fanem serii Szybcy i wściekli nigdy nie byłem, chociaż większość poprzednich (jak nie wszystkie) filmów widziałem. Historia bohaterów specjalnie do mnie nie trafiała, a szybkie dziewczyny, piękne samochody, kurz i warkot silników przeważnie  oglądałem na „autopilocie”, porannym kacu czy wyłączonym mózgu – jak zwał tak zwał.

Seria nigdy nie udawała, że jest czymś więcej niż rozrywkową petardą z samochodami i tyłkami w tle. Miała swoje wzloty i upadki, aż w końcu zaczęła grubo na siebie zarabiać, by obecnie stać się dla niektórych kultową serią (po części za sprawą śmierci Paula Walkera). Zestawienia Box Office to potwierdzają – Furious 7 jest jednym z najchętniej oglądających filmów na całym świecie w 2015 roku (w Polsce również). Ponad 200 milionów zainwestowanych dolarów zwróciło się z nawiązką. Hajs się zgadza, więc pewnie gdzieś w Hollywood na jakimś kolanie już jest pisany zarys scenariusza do kolejnej części.

Szóstka odsłona serii była już mocno przegięta i absurdalna (słynny pas startowy na kilkanaście kilometrów i wyłączona grawitacja przy skokach na moście). Ale zasada „szybciej, więcej, mocniej” w kinie rozrywkowym to podstawa, więc w 7 części dostajemy jeszcze większą dawkę kaskaderskich tricków i efektów specjalnych. Może już tylko gorące laski nie pojawiają się tak często i gęsto jak w początkowych filmach serii.

O fabule Szybkich i wściekłych 7 nie będę zbyt wiele pisał, gdyż praktycznie nie ma ona znaczenia i jest tylko pretekstem do przeskakiwania między lokacjami. Ujmę ją w jednym zdaniu. Deckard Shaw (Jason Statham) chce pomścić brata i upolować dobrze nam znaną paczkę znajomych, Dominica Toretto (Vin Diesel), Briana O’Connera (Paul Walker), Letty Ortiz (Michelle Rodriguez), Hobbsa (Dwayne The Rock Johnson)  i resztę ekipy. Znów na ekranie goszczą pościgi, fantazyjne sceny akcji, nawalanka na pięści i ryk silników.

Szybcy i wściekli 7

Reżyser James Wan, tak jak poprzednicy, chowa prawa fizyki do szuflady, pociski latają nad głowami niezniszczalnych bohaterów, a drony obracają ulice Los Angeles w poligon. Sekwencje w środkowej części filmu mogą spowodować u niektórych bardziej wrażliwych widzów palpitacje serca. Samochody skaczą ze spadochronami nad Kaukazem, zjeżdżają ze skarpy, a nawet fruwają między drapaczami chmur w Abu Zabi. By tego było mało nasi bohaterowie potrafią autem strącić helikopter. Rozrywka i akcja na całego. Wszystko zgrabnie przeplecione obowiązkowymi sucharami i spowalniaczami o sile miłości i przyjaźni. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że gdy opadnie pył i zgasną silniki, najważniejsza jest rodzina i przyjaciele.

I właśnie taką rodzinę tworzyli na planie członkowie obsady. Pod koniec listopada 2013 roku w wypadku samochodowym zginął Paul Walker, co spowodowało wstrzymanie prac nad zdjęciami do filmu. Ostatecznie część scen nakręcono zastępując aktora jego braćmi i technologią CGI. Dzięki temu film mógł być dokończony, a twórcy wraz z ekipą używając prostej metafory końcowymi sekwencjami mogli pożegnać przyjaciela i złożyć hołd zmarłemu aktorowi.

Autoironia, dystans, humor, onelinery, zgrana paczka aktorów, latające samochody, mózg odłożony na stolik, rozrywka w czystej postaci – wypisz-wymaluj Szybcy i wściekli 7.

Furious 7, reż. James Wan (2014)
Ocena: 6/10
Werdykt: Warto

 

Głosy (Voices, 2014)

Voices to jedno z moich ostatnich odkryć i pozytywnych zaskoczeń. W natłoku filmów słabych i średnich miło jest obejrzeć coś oryginalnego, zrobionego z pomysłem. To jeden z tych filmów, do którego najlepiej podchodzić z jak najmniejszą ilością informacji, więc poniżej spora dawka ogólników. Najlepiej w ogóle tego nie czytać, ewentualnie wróć tutaj po skończonym seansie.

Jerry (Ryan Reynolds) to pracownik fabryki produkującej armaturę łazienkową na amerykańskiej prowincji. Przyodziany w różowy kombinezon pakuje wanny, a w chwili wolnej podbija do atrakcyjnej koleżanki z działu księgowości (Gemma Arterton), w której się podkochuje. Jest ciągle uśmiechnięty, sympatyczny i pozytywnie nastawiony do świata, ale jakoś ciężko mu idzie znajdywanie przyjaciół, o dziewczynie nawet nie wspomnę. Dlatego jego najlepszymi przyjaciółmi są zwierzaki, z którymi mieszka i rozmawia – pies i kot – uosobienia dobrych i złych rad. Okazuje się, że Jerry odstawił psychotropy przepisane przez psychoterapeutkę, które zagłuszały docierającego do niego głosy. Bez leków świat jest bardziej kolorowy, znośny, a słyszane głosy… „urozmaicają” życie Jerry’ego. Próby sięgnięcia po pigułki zamieniają schludne mieszkanie w zapyziałą dziurę z walającym się wszędzie gnijącym jedzeniem. Różowy świat znika, gadatliwe zwierzaki przestają mówić ludzkim głosem.

Głosy

Głosy to an­glo­ję­zycz­ny de­biut reżyserki Marjane Satrapi. Debiut nie byle-jaki, gdyż jest to film o ciekawym pomyśle, sprawnie nakręcony i w dodatku z hollywo­odz­ki­mi gwiaz­da­mi w obsadzie (obok wcześniej wymienionych pojawia się jeszcze sympatyczna Anna Kendrick).

Pod płaszczem czarnej komedii, absurdalnego humoru, zmieszanych z elementami thillera i slashera, reżyserka przedstawia problemy osób psychicznie chorych. W lekki sposób dotyka zagadnienia schizofrenii, walki z własnymi demonami i samotnością. Koncepcja z zobrazowaniem wewnętrznych głosów bohatera w postaci doradzającego psa i kota sprawdza się w jej filmie świetnie. Zwierzęcy doradcy niemal siedzą na ramieniu Jerry’ego, bawią się w anioła (sumienie) i diabła (kuszenie). Zresztą cały film zbudowany jest na zasadzie przeciwstawień i kontrastów. Sceny komediowe przeplatane są z dramatycznymi (retrospekcje z dzieciństwa, morderstwo), kolorowy, ciekawy świat po odstawieniu leków zestawiony jest z szarą, przygnębiającą rzeczywistością po zażyciu pigułek. Nawet główny bohater dzięki odpowiedniemu scenariuszowi jawi się nam jako ofiara (współczujemy samotnemu Jerry’emu) i jednocześnie morderca.

Dostajemy sporo krwi, gadającego kota namawiającego do odcinania głów i same gadające głowy w lodówce. Dostajemy groteskowy film o niezłej fabule. W dodatku dobrze obsadzony i zagrany, bo spokojnie kupujemy wykreowanego przez Reynoldsa człowieka borykającego się samotnością i problemami psychicznymi. Pasuje tutaj zadziorna Arterton i słodka Kendrick. Całość oglądało mi się zaskakująco dobrze. Alleluja – w końcu jakaś siódemka.

Voices, reż.  Marjane Satrapi (2014)
Ocena: 7/10
Werdykt: Warto

 

Jupiter: Intronizacja (Jupiter: Ascending, 2015)

O Jupiter: Intronizacja mógłbym napisać dokładnie to samo, co w przypadku Szybkich i wściekłych 7. Tzn. przed seansem nie oczekujemy  nie wiadomo czego, podchodzimy do obrazu z dystansem = bawimy się świetnie. W końcu jest akcja, pościgi, pięknie opakowany futurystyczny świat i efekty specjalne. Niestety, tak to nie działa. Albo inaczej, działa, ale tylko przy wybranych produkcjach.

Zamiast potoku gorzkich słów na temat nowego filmu rodzeństwa Wachowskich będzie ciut o czymś innym. Kilka luźnych przemyśleń na temat recenzentów i „decyzji zakupowych” widza.

Zacznę od tego, że gdy Jupiter wchodził do kin, słychać było wkoło kręcenie nosem i głosy narzekania (w sumie słuszne). Sam raczej recenzji nie czytam przed obejrzeniem danego filmu, ale nieuniknione jest wyłapywanie pojedynczych opinii na dany temat w bombardującym nas informacjami świecie. W większości przypadków sam wybieram, co obejrzę, na co pójdę do kina. Rzadko ktoś coś poleci/napomknie, o czym kompletnie nie miałem pojęcia. Wtedy badam sprawę i podejmuję decyzję. Ale ja to ja. Nie każdy śledzi, co w trawie piszczy, nie każdy ogląda wszystko jak leci. Spora grupa osób polega na opinii znajomych, recenzjach na portalach filmowych, czy recenzjach blogerów. Wiadomo.

Taka osoba chcąc obejrzeć film, albo idzie na coś w ciemno, losowo – nie ma tu skomplikowanych i złożonych piruetów decyzyjnych, albo opiera się na tym co przeczyta/usłyszy. I teraz dochodzimy do sedna sprawy – a mianowicie, do przekazu bijącego od recenzentów/blogerów/liderów opinii/influencerów (czasami część lub wszystkie pojęcia mogą być zbieżne – dla wygody w dalszej części tekstu będę nazywał taką osobę po prostu recenzentem). Taki recenzent często jest zapraszany na pokazy przedpremierowe, IMAXy i inne 4d. Wiadomo, informacyjny buzz musi rozlewać się po świecie, więc dystrybutorzy dbają o marketing w tradycyjnych mediach i mediach społecznościowych. Dlatego też możemy zauważyć, że takie Interstellary czy inne IMAXowe obrazy są reklamowane przez różnej maści influencerów.

Recenzenci mają swoją fanbazę i zasięgi – docierają do szerokiej lub ciut mniej szerokiej publiki. Np. taki Quentin (swoją drogą polecam), piszący o filmach od ponad 10 lat, (znany jeszcze z grupy pl.rec.film – #gimbynieznajo) swoim zasięgiem dociera do ludności małej mieściny w województwie łódzkim. Taka Mysza Movie (również polecam) podejrzewam może już dotrzeć do ciut większego grona odbiorców (nie znam statystyk, ale strzelam, że różnymi kanałami i przez udostępnienia znajomych tak może być). Pewnie ciut wyżej w tej hierarchii są inni recenzenci piszący o filmach (różne areyouwatchingclosely gorna-polka czy dwutygodnik i inne). Sporo większy zasięg (także wszystkich polecam) ma Zwierz popkulturalny, Zombie Samurai czy recenzenci portali filmowych (filmweb), jutuberzy (np. Dakann w projekcie Tylko Kino, Artur Kinomaniak Pietras).

Ale po co ja to piszę? Bo taki nieświadomy pikuś szukający informacji o filmie (a w ogólnym przypadku o zakupie danego produktu), podejmuje decyzje na podstawie pozytywnego bądź negatywnego przekazu jaki płynie z danego kanału, który do niego dociera. Oczywiście, że recenzenci są niezależni i darmowa wejściówka nie wpływa na ich ocenę filmu (w dodatku nie wszyscy recenzenci i nie zawsze dostają darmowe bilety, a swoje recenzje tworzą z czystej przyjemności). Jest duża szansa, że przykładowy pikuś zdecyduje o pójściu do kina, jeśli zaufane źródło (osoba) powie mu „IDŹ” lub generalnie w świat idzie pozytywny buzz. Nie wnikając w szczegóły, tak to ogólnie wygląda. W idealnym świecie nasz pikuś mógłby mieć w poważaniu opinie recenzentów i po prostu chodzić na wszystko do kina (kupować wszystkie produkty). Idealny świat nie istnieje, a ograniczone zasoby (czasu i gotówki) pozwalają pikusiowi pójść do kina na: a) jeden film w tygodniu b) jeden film w miesiącu c) jeden film na kwartał.

No i ostatnia rzecz. Gdy dołożymy do tego, że pikuś jest średnio ogarnięty w temacie, czy w ogóle średnio rozgarnięty umysłowo, to w zależności od jego zasobu portfela, wybór jakiego dokona jest istotny dla dystrybutora. Dlatego, z drugiej strony pikusiowego medalu (świata), tak cenna jest budowana od lat własna społeczność (zasięgi), zaufanie i rozpoznawalność przez każdego recenzenta (twórcę internetowego). Teraz ci twórcy stają się (świadomie bądź nieświadomie) kreatorami opinii, influencerami. Tak to teraz działa, czy tego chcemy czy nie. A taki biedny pikuś może nie mieć świadomości, że informacje, zdjęcia, statusy (rzadziej recenzje filmowe), które wyłapie jego oko w newsfeedzie facebookowym czy twitterowym są czasami podszyte kasą (kampania reklamowa, marketing). Stąd drodzy pikusie, nie wierzcie we wszystko, co czytacie lub po prostu czytajcie z głową. Przede wszystkim myślcie (wiem wiem, myślenie boli – widać to często w komentarzach i dyskusjach). Ale przecież miało być o Jupiter: Intronizacja … kończy się kolejny akapit, a o filmie jeszcze nie napisałem słowa.

Pracująca jako sprzątaczka Jupiter (Mila Kunis) dowiaduje się, że jest dziedziczką tronu dynastii Abrasaxów, kosmicznego rodu władającego wszechświatem. Tym samym zostaje wplątana w intrygę kosmicznych władców planet: Balema (Eddie Redmayne), Kalique (Tuppence Middleton) oraz Titusa (Douglas Booth). W ogarnięciu sytuacji pomaga jej Taine Wise (Channing Tatum), genetycznie zmodyfikowany były zwiadowca wojskowy… Tyle, jeśli chodzi o zarys.

Jupiter: Intronizacja

Lana i Andy Wachowski to słynne hollywoodzkie rodzeństwo, autorzy kultowego i niezapomnianego Matrixa, twórcy magicznego Atlasu Chmur, który podzielił publikę (tak, należę do tej części świata, który Atlasem jest zachwycony). Twórcy bardzo oryginalni, pomysłowi, eksperymentujący do bólu, biorący na barki futurystyczne widowiskowe, epickie historie, ale z drugiej strony kręcący też fajerwerkowe, bezduszne kino. Jupiter: Intronizacja należy do tej drugiej kategorii. I dalej należy pamiętać, że niezależnie od kręconych gniotów, to jedno jest pewne – miejsce w historii kina Wachowscy już mają zagrzane, ze względu na matrixową perełkę i kontrowersyjny Cloud Atlas. Rzekłem.

Pomimo, że najnowsze dziecko Wachowskich jest pustą wydmuszką, to warto wspomnieć o kilku rzeczach, ot zabawa w pozytywy i negatywy (tylko by plusy nie przesłoniły nam minusów – za klasykiem).

Pozytywy:
+ wykreowany futurystyczny świat to wizualna uczta dla oka. Światy zbudowane z rozmachem, design architektonicznych brył i latających statków na najwyższym poziomie,
+ efekty specjalne,
+ monolog Kalique dotyczący wartości czasu (a czas to obecnie najważniejsza waluta – pamiętajmy o tym),
+ kompletnie odczepiona od całego filmu scena w zakamarkach galaktycznego urzędu, w którym Jupiter musi dokonać pewnych formalności rejestracyjnych – jej absurdalność, błysk i humor były kosmicznie genialne i warte zapamiętania. Takie puszczenie oka i smaczek do fanów kultowego Brazil Terry’ego Gilliama (sam reżyser wciela się tu w postać urzędnika).

Negatywy:
– banalna fabuła,
– zlepek scenariuszowych klisz i motywów,
– czerstwe, nieinteresujące dialogi, zero humoru (wyjątek: patrz wyżej),
– jaszczury w skórzanych kurtkach, przekombinowane kosmiczne rasy,
– Channing Tatum zabawiający się w futurystycznego panczenistę, ślizgającego się w odrzutowych butach, pomykający w paru scenach bez koszulki (to akurat może być plus dla co poniektórych),
– długie, nudne sceny akcji (pościgi),
– drewno Kunis, drewno Tatuma, nieśmieszne szeptanie Redmayne’a.

Jupiter Ascending

Gdybym był na lekcji języka polskiego w liceum, to kończąc napisałbym pewnie tak – podsumowując rozważania na podstawie wyżej wymienionych argumentów, stwierdzam, że…  najnowsza papka Wachowskich to kino słabe, pozbawione pewnej intelektualnej głębi, naszpikowane fajerwerkami w postaci efektownych światów i scen akcji. Jeśli ambitni twórcy chcieli stworzyć ponownie coś wielkiego, to niestety tym razem się nie udało, gdyż dostaliśmy marny, popkulturowy miszmasz schematów. Widać już od jakiegoś czasu, że Wachowscy należą do tych twórców, którzy wypluwają z siebie genialną cząstkę raz na dobrych kilka lat. Aha. I tak, odradzałbym pójście do kina – gdyby jeszcze grali ten film ;-). Chyba, że masz miliony monet na koncie albo dostałeś darmową wejściówkę od dystrybutora na seans 4d. Wtedy hulaj dusza. W innym przypadku lepiej kupić sobie np. kubeł bakaliowych Grycanów lub bilet na tramwaj wodny.

Jupiter: Ascending, reż. Andy Wachowski, Lana Wachowski (2015)
Ocena: 4/10
Werdykt: Nie warto


  • Pingback: Hyperion - marzenia o ekranizacji | zureklukasz.com()

  • Adam Marszał

    Z opisanej trójki widziałem na razie tylko Jupiter i odczucia zbliżone (świat w miarę fajny, pomysł na ludzkie surowce, żniwa itp mi się podobał, ale poza tym zaczynały się schody, których w zasadzie żaden aktor nie pokonał… Generalnie kicha).
    Szybkich 7 zapewne nie obejrzę (jakoś w ogóle nie przepadam za tą serią, nie do mnie jest chyba kierowana…), ale dzięki za opinie o głosach. Widziałem jakiś czas temu zwiastun i miałem mieszane uczucia, ale jak Żuru poleca to nie ma lipy;)

    • Głosy – wiesz, u mnie 7 to już dość dużo :), ale pamiętaj, że to nadal tylko dobrze. Zgrabny film. W chwili wolnej łyknij.
      Szybcy to również nie moja bajka…
      Fajnie, że chciało Ci się przeczytać :D :) yay!!