#szybkikadr 03 – House of Cards, Exodus, Paraisos Artificiais


Szybki kadr (#szybkikadr) z założenia ma krótko opisywać i oceniać filmy (seriale), które oglądam. Nie zawsze dobre, nie zawsze genialne, często miernoty, czasami niemiłosierne gnioty, najczęściej średniaki. Filmy, o których nie ma sensu pisać elaboratu i poświęcać całej notki.

Różnorodność trzeciej odsłony szybkiego kadru można porównać do mnogości gatunków fauny i flory lasu tropikalnego. Mamy tu wszystko: politykę, intrygi, religię, muzykę psytrance, hedonizm i Christiana Bale’a rozmawiającego z Bogiem pod postacią dziecka.

Exodus: Bogowie i królowie (Exodus: Gods and Kings, 2014)

Panie Ridley Scott – ogarnij się, proszę.

Przepowiednia wieszczki doprowadza przybranych braci, Ramzesa (Joel Edgerton) i Mojżesza (Christian Bale) do konfrontacji. Stawką jest los Izraelitów. Reżyser zakrapia całą historię efektownymi plagami egipskimi.

Exodus

Biblijne widowisko, nakręcone ze scottowskim rozmachem jest równie ciekawe, jak mecz Piasta Gliwice z Pogonią Szczecin. Usnąłem dokładnie 9 razy, a film zmęczyłem w szóstym dniu oglądania, więc teoretycznie powinienem mieć dobry podkład pod obsmarowanie filmu. Jednak Scott zabrał już mi wystarczająco dużo cennego czasu. Pastwić się za bardzo nie będę. Wspomnę tylko, że nijakość Exodusa dostosowuje się do gry aktorskiej Christiana Bale’a (albo na odwrót). Chodzą też plotki, że gdzieś po planie biegają Aaron Paul, Ben Kingsley i Sigourney Weaver. Wydmuszka, doskonały, ponad 2-godzinny usypiacz.

Exodus: Gods and Kings, reż. Ridley Scott (2014)
Ocena: 4/10
Werdykt: Nie warto

 

Paraisos Artificiais (2012)

Ze starożytnego Egiptu teleportujemy się na brazylijskie plaże, gdzie odbywa się Shangri-La – festiwal muzyki psytrance. Kontrast z klimatem biblijnej przypowieści przeogromny. Udało mi się to zestawienie :)

Reżyser Marcos Prado nie opowiada historii liniowo. Zabieg ten w ostatnich latach dobrze znany i lubiany włącza zainteresowanie losami poznawanych bohaterów. Obraz skacze między wydarzeniami rozgrywanymi w Holandii i Brazylii. I tak jak akcja zmienia miejsca, tak w życiu młodego pokolenia pojawiają się pierwsze porażki, ludzkie dramaty, wymiksowane z miłością, przyjaźnią i stanami euforii. Ot sinusoida wrażeń, wzloty i upadki – jak podczas tripa.

Paraísos Artificiais

Cieszy na pewno fakt, że ktokolwiek poruszył temat kultury psytrance. Nawet jeśli go tylko liznął (i mocno spłycił). Takich filmów jest jak na lekarstwo. Gdy do fabuły dodamy ładne kobiety, plaże, fluoroscencyjne backdropy, farby i konstrukcje towarzyszące tej kulturze oraz ścieżkę dźwiękową, wyjdzie nam całkiem zgrabne kino.

Paraísos Artificiais

Paraisos Artificiais, reż. Marcos Prado (2012)
Ocena: 6/10
Werdykt: Warto

 

House of Cards – sezon 3 (2015)

Intrygi Underwoodów ciąg dalszy… (raczej bezspoilerowo)

Niedawno Quentin pisząc o pilocie Dig przypomniał czy może zdiagnozował na szybko kondycję współczesnych seriali. Ciężko się z nim nie zgodzić – serialomaniacy widzą i wiedzą jak jest. W związku z dużą popularnością (a co za tym idzie i hurtowym wysypem) seriali, ich poziom drastycznie się podniósł. Wszyscy seriale kręcą, wszyscy seriale oglądają. W produkcjach grają już nie tylko przebrzmiałe gwiazdy, ale i topowi aktorzy Hollywood. To właściwie o co chodzi?Ano o to, że brakuje seriali wybitnych. Obecnie nie jest łatwo wprowadzić nas – widzów w mega zachwyt. Wszystko już widzieliśmy, wszystko już było. Procedurale nas nudzą, bardzo dobre historie nie wystarczają byśmy serialem podniecali się dłużej niż sezon/dwa (inna sprawa, że często wtedy seriale po prostu tracą na jakości). W takich czasach żyjemy.

House of CardsSwego czasu powiewem świeżości był pierwszy sezon House of Cards. Brawurowy projekt Netflixa podbił serca widzów na całym świecie (9/10). Przełamujący zasadę czwartej ściany, genialny Kevin Spacey, świetne Robin Wright, Kate Mara, czyli polityczna historia rodem z USA była hitem 2013 roku. O serialu twittował Barack Obama, historię oglądała pani Zosia prowadząca tramwaj, a pan Zbigniew ekscytował się każdym odcinkiem ważąc ziemniaki w osiedlowym warzywniaku. Drugi sezon (8/10) przedstawiający dalsze knucie w okolicach Białego Domu również oglądany był na całym świecie z rumieńcami na twarzy. Ludzie zabawiali się w nolife’ów i połykali sezon w jeden dzień. Dla mnie „dwójka” już aż takim wielkim zachłyśnięciem nie była. Ewidentnie przestał działać efekt „świeżości”. Zaczynamy kręcić nosem, wyłapywać dłużyzny i nieciekawe wątki. Znak czasów – niesamowicie ciężko utrzymać tak poziom serialu jak i poziom zainteresowania widza z każdym nowym sezonem. Chociaż w przypadku House of Cards i tak jest wyśmienicie. Taka Gra o tron – równia pochyła, wieje sandałem i nudą (tak tak niepopularna opinia, wszyscy się jarają jak flota Stannisa). Trzeci sezon Homeland ledwo dało się oglądać – na szczęście poprawili się w czwartym.

House of Cards

Ale miało być o trzecim sezonie HoC. Słychać zewsząd lekkie narzekania, kręcenie nosem na świeżynkę Netflixa. Według mnie jest odrobinę lepiej niż w poprzedniej odsłonie. Chociaż ciągnący się w nieskończoność wątek Douga Stampera może faktycznie denerwować (praktycznie równorzędny bohater z Underwoodami), to już fragmenty z pisarzem robią dobrą robotę. Intryga z prezydentem Rosji także dostarcza niesamowitej rozrywki. Można tylko odetchnąć, że w Stanach Zjednoczonych w okresie kampanii prezydenckiej nie ma praktyki „debaty o debacie”, tak jak to się dzieje w Polsce…

Wydaje się, że scenarzyści ładnie przygotowali podkład pod wydarzenia kolejnego (ostatniego?) sezonu. Claire nosi fajne kiecki, mnisi usypują piękną mandalę, Francis dalej mówi do widza. Jest też kilka minitwistów – przewidywalnych dla obytego z serialami widza. Cynizm, wyrachowanie, manipulacje Underwoodów jak zwykle na wysokim poziomie. House of Cards niezmiennie jest jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym obecnie trwającym serialem.

House of Cards – sezon 3 (2015)
Ocena: 8/10
Werdykt: Warto