#szybkikadr 02 – Selma, 50 twarzy Greya, Dzika droga


Szybki kadr (#szybkikadr) z założenia ma krótko opisywać i oceniać filmy (seriale), które oglądam. Nie zawsze dobre, nie zawsze genialne, często miernoty, czasami niemiłosierne gnioty, najczęściej średniaki. Filmy, o których nie ma sensu pisać elaboratu i poświęcać całej notki.

Dziś echa Oscarów oraz boxoffice’owy hit walentynkowy.


Selma (Selma, 2014)

Ostatni film do obejrzenia z kategorii oscarowej – najlepszy film. Spodziewałem się niezłego materiału i się nie rozczarowałem.  Choć w zestawieniu oscarowych nominacji wyprzedza tylko Teorię wszystkiego i Grę tajemnic.

Akcja filmu rozgrywa się po odebraniu Pokojowej Nagrody Nobla przez Martina Luthera Kinga (David Oyelowo). Mamy 1965 rok i znajdujemy się w sercu walki o prawa obywatelskie Afroamerykanów (prawa do głosowania, zakończenie segregacji rasowej). Z miasteczka Selma wyrusza marsz protestacyjny w kierunku stolicy stanu Alabama – Montgomery. Siły porządkowe na polecenie gubernatora George’a Wallace’a (dawno niewidziany Tim Roth) pacyfikują uczestników protestu. Atmosfera w miasteczku gęstnieje, a na wysokich szczeblach toczą się rozmowy między Prezydentem USA Lyndonem Johnsonem (Tom Wilkinson) a Kingiem, by zapobiec rozlewowi krwi wśród Afroamerykanów.

Film jest do bólu poprawny, w tym sensie, że nie ma się tutaj do czego przyczepić, ale także nie ma pola do zachwytów. Reżyserka sprawnie prowadzi historię (brak nominacji za reżyserię), Oyelowo jest Martinem Luther Kingiem z krwi i kości (ponownie brak nominacji do Oscara). Przemowy Kinga łapią za serce. Oczywiście główny bohater nie jest krystalicznie czysty (tak samo jak Snajper, teraz już się nie kręci pomników). Jego charyzmatyczne przemowy i walka o równe prawa przeplatają się z ludzkimi słabościami. Aktorstwo w tle wyborne: Carmen Ejogo, Oprah Winfrey, Cuba Gooding Jr., Giovanni Ribisi (zacznij coś grać chłopie!!).  Ładnie skomponowane kadry. Glory na koniec filmu wzrusza tak jak ma wzruszać (John Legend, feat. Common – Oscar pocieszenia).

Selma

Polacy mają swoje nadrzędne tematy, o których ciągle kręcą filmy – historia, II Wojna Światowa, Żydzi. Amerykanie mają swoje ważne tematy, z którymi rozliczają się nad wymiar często. Stąd nie tak dawno mieliśmy Kamerdynera oraz oscarowego Zniewolonego. Teraz Selma streszcza nam historię walki o równouprawnienie oraz przybliża postać Kinga. Ot zwyczajny film o ważnych wydarzeniach. Obraz z pewnością do obejrzenia, ale czy do zapamiętania? Śmiem wątpić.

Selma, reż. Ava DuVernay (2014)
Ocena: 6/10
Werdykt: Warto

 

Dzika droga (Wild, 2014)

Chyba niepotrzebnie liczyłem na kolejny Into The Wild. Dzika droga nowym Into The Wild nie jest i obok niego nawet nie stała.

Lubię filmy drogi. W dodatku filmy zakrapiane szeroko pojętą tematyką outdooru, wspinaczki górskiej, przygody są mi bliskie i gdy takie się pojawiają, łykam je jak młody pelikan.

Niedawno kanadyjski reżyser Jean-Marc Vallee wdarł się do Hollywood filmem Witaj w klubie, z oscarowymi Matthew McConaugheyem i Jardem Leto. Teraz opowiada historię wędrówki wgłąb siebie Cheryl Strayed (Reese Witherspoon). Cheryl postanawia wyruszyć szlakiem Pacific Crest Trail (PCT), ciągnącym się m.in. przez pustynię Mojave, Kalifornię i Oregon, aż do granicy z Kanadą. Podczas wędrówki podejmuje walkę ze swymi upiornymi – śmiercią matki (Laura Dern), rozpadem związku spowodowanym przez narkotyki i przygodny seks.

Pielgrzymka głównej bohaterki to dwupoziomowa walka drobnej Reese z przyciężkim plecakiem i przeszłością ukazaną w retrospekcjach. W tle historii prześlizguje się nam dzika przyroda kilku stanów USA. Wędrówka protagonistki to pokuta, a zarazem ucieczka od wszystkich problemów, z którymi się boryka. Nie o takie Katharsis walczyliśmy…

Wild

Historia Cheryl Strayed nie porywa, nie robi wielkiego WOW. Ogląda się to dobrze, lecz tęskni za magicznym Into The Wild. Mimo wszystko, fajnie, że takie romantyczne podróże z plecakiem (nawet jeśli to pretekst do czegoś większego) są nadal kręcone. Możliwe, że inni odnajdą w tym filmie magiczny pierwiastek. Ja nie znalazłem. Dalej walczę z samym sobą, by się przekonać do Witherspoon. Na razie przegrywam aka przegrywa Reese.

Wild, reż. Jean-Marc Vallee (2014)
Ocena: 6/10
Werdykt: Warto

 

50 twarzy Greya (Fifty Shades of Grey, 2015)

O tym filmie było tak głośno, jak podczas wiercenia udarem w ścianie nośnej. Blogerzy recenzowali, wyśmiewali, toczyły się nieskończone dyskusje na fesjbukowych wallach. Buzz w sieci i nie tylko przełożył się na jakieś niebotyczne wyniki finansowe tego dzieła. Wszystko za sprawą kontrowersyjnej książki…

HO HO HO, co my tu mamy. Zastanawiam się, czy można jeszcze napisać coś oryginalnego o tym filmie. Dosłownie wszyscy wypowiedzieli się na temat ekranizacji książki, więc chyba już nic odkrywczego nie napiszę. Na szczęście nie czytam recenzji przed seansem danego filmu, także zaczynam z czystą kartą.

Studentka Anastasia (nienajgorsza Dakota Johnson) przez przypadek poznaje przystojnego milionera Christiana Greya (przeciętny Jamie Dornan).  Splot zdarzeń prowadzi do rozdziewiczenia głównej bohaterki i narastającej fascynacji z obu stron. Klasyczny romans z pejczem i kajdankami w tle. Tych ostatnich atrybutów jest tutaj jednak jak na lekarstwo, więc pozostajemy w sferze zwykłego,  w dodatku słabego romansu.

Książki nie czytałem – co jest chyba oczywiste. W czasach, kiedy czytam tylko w komunikacji miejskiej, staram się mocno selekcjonować literaturę, po którą sięgam. Stąd 50 twarzy Greya znajduje się gdzieś w czeluściach listy książek do przeczytania – patrz – nigdy nie zostanie przeczytane. W związku z powyższym, nie wiem co materiał źródłowy miał do zaoferowania widzowi. Mogę jedynie snuć ewentualne domysły z komentarzy w sieci. Po seansie już wiem, dlaczego ten film jest niewyczerpanym źródłem zgrywy internautów. Dobra jadę z tym chaosem w mojej głowie:

  1. Anastasia Steele szepcze jak Kiefer Sutherland w serialu 24.
  2. Christian Grey lata helikopterem by zaimponować kobiecie. A w późniejszej fazie filmu nawet szybowcem. Czas sprawić sobie takie zabawki.
  3. Ja się nie kocham. Ja rżnę. I to ostrooznajmia Christian Grey. A ja usypiam na filmie co najmniej raz. Piersi i nieogolone nogi Dakoty Johnson, a pod koniec pejcz Greya mają w sobie tyle iskry co człowiek po 12-godzinnym melanżu.
  4. Więcej sado-maso widziałem, gdy uderzyłem się młotkiem w palec. Serio.
  5. Scenarzyści musieli ostro walczyć z nudą, ponieważ mamy w filmie kilka błyskotliwych one-liner’ów. I jeśli dobrze pamiętam wszystkie w ustach Dakoty.

Fifty Shades of Grey

Można by zadać pytanie, dyskutować o wyborach polskiej widowni, na co chodzi do kina itd., ale chyba mi się nie chce. Szczególnie, że mamy okres „oscarowy”  i wysyp filmów po prostu lepszych od 50 twarzy Greya. Zakładając, że nie uda nam się nigdy obejrzeć wszystkiego w kinie, ani że nie mamy darmowych biletów od dystrybutora… Jeśli chcecie romansu z „magią” w tle, to sięgnijcie po przemilczany u nas What If z super Zoe Kazan. A jeśli kręcą Was kajdanki, to odpalcie obie części Nimfomanki.

50 twarzy Greya to po prostu nudny romans. Tyle. W dodatku tak nieciekawy, że miałem problem z wyborem zdjęć do notki.

Fifty Shades of Grey, reż. Sam Taylor-Johnson (2015)
Ocena: 4/10
Werdykt: Nie warto