#szybkikadr 01 – Into The Storm, Dracula Untold, Begin Again


Szybki kadr (#szybkikadr) z założenia ma krótko opisywać i oceniać filmy (seriale), które oglądam. Nie zawsze dobre, nie zawsze genialne, często miernoty, czasami niemiłosierne gnioty, najczęściej średniaki. Filmy, o których nie ma sensu pisać elaboratu i poświęcać całej notki. Podejrzewam, że będę eksperymentował z formą (by siebie nie zanudzić), więc spodziewać należy się poważnego tonu notek wymieszanego z prześmiewczymi pojazdami i wylewaniem szamba – w zależności od weny, humoru i samego dzieła.
Nie wiem jeszcze, czy będę dobierał  tytuły tematycznie, czy specjalnie mieszał tematy/powagę/gatunki w zestawieniach. Wyjdzie w praniu. Najważniejsze by pamiętać, że oceny są subiektywne.

Na pierwszy rzut idą: Dracula Untold, Into the Storm i Begin Again.

Dracula Untold (2014)

Podczas seansu należałoby wyjąć krucyfiks, wysmarować się czosnkiem i wbić osikowy kołek w ekran. Ni to mroczne, ni to groźne, za to mocno nijakie. Postać słynnego Drakuli rozmieniona na drobne, srebrne monety walające się podczas jednej ze scen w filmie.

Vlad Palownik (Luke Evans) toczy sielskie życie po ekscesach, jakich to nawyczyniał będąc wcielonym do tureckiej armii (nabijał głowy na pal). Pewnego dnia zjawiają się u jego bram groźni Turcy, żądając „okupu” w postaci tysiąca ludzi do sułtańskiej armii, w tym syna Vlada. Główny bohater chce uratować swój lud i dobija targu  z bestią z pobliskiej jaskini – zamienia się w wampira. Dalej to już usprawiedliwianie wampirzych czynów i sceny walki. Syna diabła targają dylematy moralne. Jest tak wewnętrznie rozdarty, że sam rozrywa swoich wrogów na drobny mak, a nas widzów targa od ściany do ściany.

Dracula

Dracula Untold to połączenie superbohatera z fantasy oraz kinem batalistycznym. Tak nowatorskiego przedstawienia historii Drakuli chyba jeszcze nie było. Na tym świeże pomysły się kończą, na ekranie zaczyna gościć absurd, idiotyzmy wygryzają logikę, a facepalm goni facepalm (może śmieszyć maszerująca turecka armia z opaskami na oczach). Dostajemy słaby scenariusz, poszatkowane wątki, bezbarwne i płaskie postacie. W dodatku nasz superhero posiada takie moce, że w pojedynkę rozbija wielotysięczną armię przeciwnika. Jedynym światełkiem w tunelu była dość przyzwoita gra Luke’a Evansa. Natomiast po seansie światło to ulatuje jak stado nietoperzy w filmie. Nie udało mi się niestety zauważyć/rozpoznać w tle Jakuba Gierszała. Widocznie musiałem przysypiać. Dopiero z Filmwebu dowiedziałem się, kogo on tam grał ;-)

Nie ukrywam, że wampiry (wilkołaki, a nawet zombie) to nie jest mój ulubiony motyw filmowy. W dodatku im dalej (w tym przypadku im bliżej) w las z kolejnymi dziełami popkultury tym gorzej (zapowiadający się nieźle serial Strain ostatecznie nie zachwycił, Walking Dead, Penny Dreadful nudnawe, Vampire Diaries, True Blood – nawet nie zacząłem oglądać). Niestety Dracula Untold pachnie kolejną częścią. A tak chciałbym, by wampiry wymarły w popkulturze na najbliższe 30 lat.
Dracula Untold, reż. Gary Shore (2014)
Ocena: 4/10
Werdykt: Nie warto

 

Into The Storm (2014)

Silny, porywisty wiatr, w oddali burze. Tak szybkokadrowo można by opisać ten film. Chociaż warto w sumie zobaczyć jedną krotką scenę – unoszące się z płyty lotniska Boeingi, jakby nie ważyły te 170 ton, a wykonane były z balsy.

Film jest nakręcony w stylu found footage (Projekt: Monster, Blair Witch Project). Pomysł całkiem ciekawy – mamy tu poprzeplatane sceny kręcone trzęsącą się kamerą z efektami specjalnymi. Ale od początku. Stany Zjednoczone atakowane są przez tornada. Grupa ludzi zajmująca się kręceniem tornad (łowcy tornad) goni tytułowe zjawisko przyrodnicze do miejscowości, w której trwa zakończenie roku szkolnego. Tutaj poznajemy kolejnych bohaterów dramatu – dwóch braci wychowywanych przez surowego ojca. W tle przewija się jeszcze podróbka Jackass’ów (element pseudokomiczny w filmie). Wielki wir uderza w miasteczko, epicentrum wszystkich zdarzeń. Jak to za zwykle po burzy bywa, tak i tu przychodzi flauta. Po seansie w naszej głowie również znajdziemy ciszę i spokój.

Into The Storm

Najpierw truizm: kino katastroficzne rządzi się swoimi prawami. Nie skupia się na relacjach między postaciami, nie dba o spójną  fabułę. Gra aktorska schodzi na dalszy plan. Dlatego też biegający bez brody Richard Armitage (krasnolud Thorin Dębowa Tarcza z Hobbista), a Sahar Wayne Callies (żona Ricka z Walking Dead) nie wysilają się specjalnie. Liczy się żywioł, efekty, rozpierducha, strach. Tylko, że w Into The Storm nie odczuwamy tego strachu, nie czujemy napięcia. Trąba powietrzna pojawia się i znika, za chwilę rośnie by ponownie zniknąć z ekranu. Widz może czuć się zaniepokojony co najwyżej tak, jak na grzybobraniu. Pokazane tornado nie robi specjalnie wrażenia. Może tylko wspomniana scena z samolotami ładnie pokazuje siłę żywiołu – ale strachu w niej jak na lekarstwo.

Niestety filmów katastroficznych dostajemy tak mało, że dla fanów takiej rozrywki to pozycja obowiązkowa. Teraz Hollywood kręci głównie filmy o superbohaterach, s-f i to one muszą zastępować ekranową demolkę. A jak chcemy prawdziwe kino katastroficzne, to musimy włączyć stary Płonący wieżowiec.

Into The Storm, reż. Steven Quale (2014)
Ocena: 5/10
Werdykt: Nie warto

 

Begin Again (2013)

Can A Song Save Your Life? – pierwotny angielski tytuł filmu. STOP. Once Johna Carneya nie oglądałem. STOP. Panda mi nuciła Lost Stars i resztę ścieżki dźwiękowej przez 3 tygodnie. STOP. Szczęka Keiry mi jakoś nie przeszkadzała i ostatnimi występami przekonuje się do tej aktorki. STOP.

Greta (Keira Knightley), kompozytorka i początkująca piosenkarka rozstaje się ze swym facetem – wschodzącą gwiazdą muzyczną (Adam Levine). Dan (Mark Ruffalo), doświadczony producent muzyczny boryka się z problemami w życiu zawodowym i osobistym (wypalenie, wyprowadzka od żony – Catherine Keener, brak kontaktu z nastoletnią córką – Hailee Steinfeld). Swoje bolączki podlewa dużą ilością alkoholu. Przypadek sprawia, że w małej knajpce słyszy piosenkę Grety i dostrzega w autorce duży potencjał. Postanawia wydać jej płytę. Płytę nietypową, z sesjami w plenerze, utworami nagrywanymi w wąskich uliczkach Nowego Jorku, gwarnych placach, w parkach czy na dachach budynków. Szalony pomysł dodaje kopa głównym bohaterom, a swoisty powiew świeżości wpływa znacząco na ich życie osobiste.

Begin Again

Pachnie trochę tandetnym love story czy komedią romantyczną jakich tysiące. Ale Begin Again to raczej lekki dramat zakrapiany dużą dawką subtelnej muzyki. Akustyczne ballady idealnie nadają się do przedstawionej historii. Knightley broni się wokalnie, a Levine jest przecież zawodowym muzykiem (wokalista Maroon 5). Ścieżka dźwiękowa idealnie wtapia się w tkankę Nowego Jorku i brzmi to wszystko bardzo przyjemnie. Za ten niewątpliwy sukces muzyczny odpowiada twórca i kompozytor Gregg Alexander. Ale i tak najlepszy w filmie jest Mark Ruffalo, który kradnie każdą scenę. Ogląda się go z zaciekawieniem i mocno mu kibicuje. Do tej pory Ruffalo był mi … obojętny, ale od teraz wskakuje do szufladki „lubiani aktorzy”.

John Carney pomysłowo zestawia dwójkę głównych bohaterów, łączy ich na zasadzie kontrastów i jakiejś niedopowiedzianej, niejednoznacznej więzi. Reżyser unika banału przez brak oczywistego happy endu (no dobra tak w ½), a nutka optymizmu zawarta w filmie nie jest tandetna i bajecznie przesadzona. Begin Again to lekkie, przyjemne, ciepłe kino, idealne na zimowe wieczory. Muzyka Alexandra pomaga bohaterom odzyskać równowagę w życiu, a nam zagnieżdża się w uszach tudzież mieszkaniach…

Chyba to znak, że już się starzeje. Wyżej oceniam kameralne, proste kino z ciekawymi aranżacjami niż fruwające nietoperze i duże trąby powietrzne nad USA. A może to przez te relacje kobieta-mężczyzna i Nowy Jork w tle?

Begin Again, reż. John Carney  (2014)
Ocena: 7/10
Werdykt: Warto