Wojna polsko-polska. polskie antagonizmy, hejt


Wychodzę w tekście od polityki, ale nie o polityce tu będzie. Tematem tego wpisu będzie wojna polsko-polska, podział polskiego społeczeństwa, polskie piekiełko, marnej jakości dyskusja i wylewający się hejt w internecie. FIGHT!

Wojna polsko-polska, polskie antagonizmy, hejt

Trwa właśnie burzliwa kampania prezydencka. Dawno już nie widzieliśmy takiego zaangażowania i zainteresowania naszych obywateli polityką. Ostatnie wybory prezydenckie odbyły się w cieniu katastrofy smoleńskiej, a zeszłoroczne wybory samorządowe to jednak inny polityczny kaliber. Teraz machina wyborcza ruszyła z kopyta po ogłoszeniu pierwszych sondaży pierwszej tury wyborów. Wraz z wynikami naród ponownie przypomniał sobie, że Polska jest podzielona na dwa obozy, okopane w swoich racjach. Może przypomniał to za duże słowo, bo przecież na co dzień Polacy ciągle są nastawieni do siebie wrogo. Wybór między Komorowskim i Dudą znów uwypuklił nasze antagonizmy, podzielił znajomych na dwie grupy.

Większość już zdążyła się wypowiedzieć, zadeklarować poparcie w internetach dla jednej ze stron. Co więcej, zdążyliśmy już wyśmiać „przeciwników”, wrzucić mema na swoją ścianę, posprzeczać się z kumplem, pokłócić się z ciotką, a nawet zabrać babci dowód. A przecież zapomnieliśmy o podstawowej zasadzie – w towarzystwie o polityce i religii nie dyskutujemy.

Niestety polityka budzi wielkie emocje, szczególnie w trakcie wyborów. W dodatku, co innego dyskutowanie w towarzystwie bliskich znajomych, a co innego w wirtualnym świecie. Bo tutaj dopiero toczy się prawdziwa wojna polsko-polska. W realnym świecie, nawet jeśli poruszysz temat wyborów stojąc na schodkach przy Wiśle, sącząc piwo pod chmurką – wymienisz poglądy, przybijesz piątkę, zmienisz temat, otworzysz kolejne piwo – spokojnie rozejdziesz się do domów. W internecie polityczne wpisy bombardują nas z każdej strony, ludzie uprawiają dyskusje przez długie godziny, wzajemnie się obrażając, przekrzykując.

W ostatnim czasie można było zauważyć, że nawet osoby nie wypowiadające się na tematy polityczne zabrały głos, opowiedziały się za jedną ze stron. Zapomniany znajomy na portalu społecznościowym wali jakiś prześmiewczy status, Karolak w Łodzi krzyczy „dosyć tego międolenia”, Krzysztof Stanowski z weszło.com uaktywnia się jako tuba proPiSowska (a raczej antyPOwska), zarzucając nas mocno subiektywnymi wpisami. Agnieszka Holland, Przemysław Saleta, Dariusz Michalczewski udzielają poparcia obecnemu prezydentowi. Terlikowski, Pereira czy inny prawicowy (w znaczeniu PiSowy) ufoludek ciska tweety w swojego oponenta z prędkością spadającego meteorytu. Jedni i drudzy się nakręcają. A nawet trzeci, bo przecież mniej więcej 1/3 nie głosowała w pierwszej turze na dwóch finalistów. Ci również biorą udział w przepychance i przeciąganiu liny, opowiadają się za jednym nazwiskiem czy zapleczem politycznym. Zewsząd wylewa się żółć, niezdrowe emocje kierują naszymi palcami, którymi piszemy na klawiaturze. Kłócą się ludzie w tramwaju, sprzeczają się ludzie pod sklepem, na Twitterze trwa regularna wojna. I tak nikogo nie przekonają do swoich racji. Argumenty przecież nie padają, a nawet jak się pojawią, to nikt ich nie słucha/czyta i ich nie analizuje. Klincz między zabetonowaną areną polityczną trwa od 2007 roku – w jednym narożniku na niebieskim tle widnieje napis proPO, w drugim, na czerwonym tle przeczytamy nagłówek proPiS. Szeroko pojęta lewica dogorywa i oczekuje na ponowną reaktywację w bokserskiej szatni, nowi i starzy gniewni, Kukiz i JKM, wzbudzają emocję wśród najmłodszej widowni, władają wykopami, weszło i portalami społecznościowymi. Ostatecznie znów wybieramy między PO i PiS – niektórzy nazywają to wyborem mniejszego zła. Za chwilę się to skończy, ogłosimy zwycięzcę pojedynku. Ale emocję nie opadną, wyniki będą długo analizowane i mielone przez media, od razu ruszy ze zdwojoną siłą buldożer o nazwie „wybory do sejmu” (najważniejsze wybory w demokratycznej Polsce). Potyczek retorycznych, słownych wygibasów między Kurskim a Kamińskim w „Kropce nad i” u Moniki Olejnik będzie jeszcze więcej. Tak jak byśmy uporczywie wyrażali za nimi tęsknotę…

I co z tego, że większość ma tego wszystkiego dość, chce dyskusji na poziomie, merytorycznej, o zdrowiu i kondycji państwa, o rozwiązywaniu problemów Polaków (niektóre, ledwo słyszalne głosy niektórych lewicujących polityków). Ciągle uczestniczymy w tej szopce i słuchamy o jakiś tematach zastępczych, ale akurat wygodnych dla jednych i drugich.

Dawniej antagonizmy występowały głównie na poziomie władza – naród (taki mieliśmy ustrój) i na tym skupiały się wszystkie problemy Polaków. We współczesnej Polsce przeobraziło się to w walki na poglądy polityczne. Ponadto od jakiegoś czasu widoczne są inne podziały: wierzący – niewierzący, biedni – bogaci, młode pokolenie – stare pokolenie. Powstają konflikty sąsiedzkie, tarcia kibicowskie. Nie zajmujemy się już walką z systemem – ustrój już nie skupia na sobie całego „zainteresowania”, mamy więcej czasu na inne tematy, a nawet pierdoły. W dodatku dyskusja przeniosła się do wirtualnego świata – internetu.

Tarcie, posiadanie odmiennego zdania, spieranie się w różnych kwestiach jest człowiekowi oczywiście potrzebne. Potrzebne do rozwoju jednostki, pobudzania komórek mózgowych. Gdybyśmy nie dyskutowali, stalibyśmy w miejscu. Tylko, że czasami dyskusje są bezproduktywne, a samo stawanie po przeciwnej stronie barykady robione jest dla czystego sportu, na przekór, dla samego sprzeciwu.

Na polskim poletku kibicowskim antagonizmów nie brakuje: Legia – reszta kraju, Legia – Lech itd. W skali światowej mamy od lat toczącą się debatę (także w Polsce): która liga jest najlepsza, angielska czy hiszpańska? Oczywiście na tak postawione pytanie, nigdy nie znajdziemy jasnej odpowiedzi. Możemy tylko spierać się bez końca o atrakcyjność rozgrywek, siłę poszczególnych ekip, poziom wszystkich zespołów. W tej kwestii świat wydaje się równo podzielony od lat. Podobnie jest w temacie Barcelona – Real Madryt i/lub Messi – Ronaldo. Rafał Stec żartuje, że pojawienie się we wpisie tych dwóch marek/piłkarzy od razu uruchamia tysiące komentarzy, budzą one największe emocje. Klasyk. Swoją droga, mamy w kręgu znajomych jednego kumpla, który jest stale w opozycji (prawie jak Jarosław K. przyp. zureklukasz.com). Śmieję się z niego, że jest na NIE, kiedy obserwuje Messiego harującego po całym boisku, wkręcającego siedmiu piłkarzy i ładującego piłkę w okienko. Ogląda po raz 140 niewyobrażalny popis Argentyńczyka i nadal twierdzi „bleeee”, tylko z samej przekory. Jak wszyscy psioczą na Ivicę Vrdoljaka, że jest drewnem, on wygłasza peany na jego część. Antysystem level hard. Ps. Oczywiście, że Messi jest lepszym piłkarzem od CR7.

Tematów dzielących społeczeństwo (błahych i ważnych) jest mnóstwo. Lewa strona Wisły vs prawa strona Wisły, Polsat vs TVN, Xbox vs Playstation, kolor słynnej internetowej sukienki, iPhone vs Samsung, tematy światopoglądowe gender, in vitro, „pigułka po”, szczepienie maluchów… odwieczny i nieustający spór.

Trochę z innej niż polityka i futbol nieoczywistej beczki. Na moim osiedlu od 2 lat nie udaje się zebrać podpisów odwołujących zarząd narzucony przez developera. Potrzebne jest 50% głosów za. Na razie wypowiedziało się 40% wszystkich mieszkańców, 35% za odwołaniem, 5% przeciw. Napiszę to i podkreślę raz jeszcze – PRZEZ 2 LATA ludziom nie chciało się ruszyć dupy i oddać głosu (dochodzi lenistwo i olewactwo). Co więcej, nie chciało im się wypełnić pełnomocnictwa przysłanego na maila, w razie, gdyby im się nie chciało tej dupy ruszać na jakieś zebranie. Ludzie olewają tak ważną sprawę, nawet jeśli dotyka ona bezpośrednio ich miejsce zamieszkania, ich wymarzonego domu, na który większość wzięła 30-letnie kredyty. A wydawać by się mogło, że  odwołanie zarządu developerskiego to jedna z pierwszych czynności po zakupie i urządzeniu mieszkania. Kłótni o to odwołanie zarządu nie ma końca.

Obserwując internety można wysnuć wniosek, że jedyne, o co nie kłócą się Polacy i w czym są nad wyraz zgodni, to jak jakiś celebryta, cewebryta walnie jakąś gafę, zbłaźni się, podwinie mu się przysłowiowa noga, wrzuci zdjęcie świadczące o jego wypaleniu mózgu czy sprzedaniu się. Wtedy wszyscy równo stoją po jednej stronie komentując „is this real?”, „co za pusta lala”, „oślepłem” itd. Podobno nie ma nic przyjemniejszego niż dokopać celebrycie…

Internet to jedno wielkie miejsce do dyskusji na każdy temat, o każdej porze dnia i nocy. Umożliwia nam wymianę poglądów, polemikę z wieloma uczestnikami jednocześnie. Tylko, że trzeba pamiętać, że głoszenie sprzeciwu dla samego sprzeciwu, czy wyrażanie pustego odmiennego zdania, nie popartego argumentami nie ma najmniejszego sensu. Merytoryczne dyskusje przykryte są tonami hejtu, spamu, drwin, obśmiewania i głupich memów. Pomijam tu w ogóle wątek krytyki samego twórcy i wycieczek personalnych zamiast treściwej krytyki odnośnie danego tematu.

A dzieje się tak dlatego, że… jesteśmy ludźmi. Mamy swoje problemy, jesteśmy głupi, chcemy poczuć się odrobinę mądrzejsi. Obsmarowanie kogoś przynosi nam satysfakcję i ukaja nerwy, rozładowuje stres. Kłócimy się również po to by zdobyć zainteresowanie. Trzeba pamiętać, że w naszym pięknym kraju mamy kilkanaście milionów selekcjonerów, lekarzy, ekspertów w dziedzinie socjologii, makroekonomii czy katastrof lotniczych i morskich. Wszyscy znają się na wszystkim. Ludzie tryskają nienawiścią, opluwanie jest na porządku dziennym, zgrywa kręci się 24 godziny na dobę. Wojna nigdy nie ustaje.

Tak jak wspomniałem wcześniej, spór jest dobry dla naszej inteligencji – pobudza i rozwija. Ciągłe dyskutowanie na odpowiednim poziomie jest zjawiskiem pozytywnym. Tylko błagam ścierajmy się o jakieś ważne tematy światopoglądowe. Chyba nie ma sensu przepychać się w oczywistych kwestiach np. ludobójstwa, przemocy, rasizmu (choć tutaj mam wątpliwość, jak widzę rasistowskie hasła na zdjęciach z opraw meczów piłkarskich). Inaczej ciągle będziemy tkwić w gównoburzy, a przecież trzeba iść do przodu. Przed chwilą mieliśmy shitstorm o szczepieniu dzieciaków i pigułce wczesnoporonnej – ok. widocznie taka dyskusja była potrzebna w naszym społeczeństwie. Tylko, że wydaje się, że debaty te były na strasznie niskim poziomie. A za chwilę czeka nas debata o in vitro i inne. Zachowajmy trochę umiaru, pamiętajmy, że nie wszystko jest czarno-białe lub niebiesko-złote. Pamiętajmy, że ślepy sprzeciw nie sprzyja od razu rozwojowi jednostki.

Anonimowy (choć już nie do końca – konta społecznościowe) internet sprzyja zaognianiu konfliktów, wylewaniu hejtu, publicznej pyskówce, wszędobylskiej agresji słownej, trollingowi. Skakanie sobie do gardeł jest na porządku dziennym. Nie potrafimy dyskutować w internecie, argumentować swych racji. Co gorsze, nawet jak używamy argumentów, próbujemy spierać się na poziomie, często jesteśmy posądzani o pusty hejt, a nie krytykę. Granica jest cienka jak kartka papieru. Co innego, że często staramy się za wszelką cenę udowodnić, że nasza opinia na wałkowany temat jest najważniejsza i tylko ona się liczy. A „racja jest jak dupa, każdy ma swoją”. Opinia sprzeczna z naszą nie oznacza od razu, że ktoś się myli.

Przyzwyczailiśmy się, że jesteśmy podzieleni, skłóceni, począwszy od spraw najważniejszych jak sprawy obronności kraju do spraw kompletnie nieistotnych jak przysłowiowa kolorowa sukienka. Nie sprzeczamy się, by rozwiązać jakiś problemowy temat, a kłócimy się by przeforsować swoją opinię i przy okazji wylać morze łajna na autora wypowiedzi.

Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

Ps. Tekst pisany był w ostatnim tygodniu kampanii. Niestety nie zdążyłem umieścić go w piątek przed rozpoczęciem ciszy wyborczej. Stąd publikacja dziś o 21.00, gdy zagrzmią pierwsze sondaże i powyborcze dyskusje. Mam nadzieję, że uniwersalność wpisu nie pozwoli mu się szybko zestarzeć.