Podróże. Przemyślenia przed Tajlandią i Kambodżą


Podróże, turystyka, odkrywanie świata, blogowanie…

Siedzę sobie nad przewodnikiem po Tajlandii. W Chromie otwarte jakieś 38 zakładek, w tym ciągle aktualizujący się plik o nazwie Azja w dokumentach Google. Stary Asus się poci. Czytam. Analizuję. Rozkładam na czynniki pierwsze każdy dzień z trzytygodniowego, listopadowego wypadu do Tajlandii. Zmieniam. Przeliczam. Kalkuluję. By było ciekawie, fajnie, by dojechać do wartych zobaczenia miejsc. Ale by też trochę odpocząć. By łyknąć odrobiny Tajlandii, może Kambodży, ale by się też nie zajechać z jęzorem do ziemi. Taki już chyba los współczesnego turysty, który nie rzuca pracy i nie udaje się w 18-miesięczną podróż po Azji czy Ameryce Południowej.

Mapa w telefonie? Check. Szybkoschnący miniaturowy ręcznik z mikrofibry? Check. Czołówka? Check. Wygodny plecak ze znaną naszywką? Check. Sandały? Check. Szybki booking w hostelu? Check. A może jakiś krajowy lot, by oszczędzić czasu? Check. Jeszcze chwila, jeszcze moment i będę zajadał się przeróżnymi pysznościamy z tajskiej ulicy. Podróż oczywiście zakrapiana niebotyczną ilością zdjęć, a może nawet filmów. Wszystko wrzucane w chmurę, Instagrama czy Facebooka. Czytam, analizuję.

Niby to tylko 3 tygodnie w Azji, ale człowiek… – zastanawiałem się, jak to napisać… by chciał. Kropka. Po prostu by chciał. Nie wiem: dłużej, mocniej, wolniej, bardziej, mniej. By chciał. Stać się takim wolnym ptakiem, przemieszczać się bez celu, dotrzeć do jakiegoś małopopularnego miejsca. Jest to nierealne, gdyż po pierwsze – to tylko 3 tygodnie. A po drugie – jakie małopopularne miejsca? Takie małoodwiedzane miejsca w Tajlandii nie istnieją. Przecież nie raz i nie dwa słyszy się frazę, że w Tajlandii już wszyscy byli. Niektórzy po kilka razy. W samym Bangkoku pewnie oznaczyło się na fejsie z 50% znajomych. Co więcej, kiedy my będziemy dotykać emirackimi kołami samolotu tajskiej ziemi, w tym samym czasie wyląduje z 5 tysięcy rodaków-hipsterów z Warszawy, Poznania, Wrocławia i Gryfina, z 10 tysięcy nadwiślańskich niehipsterów oraz ze 3 tysiące rodzin z wykupionymi standardowymi wakacjami na Phuket etc. Tajlandia to jeden z najpopularniejszych kierunków od lat. Tajlandię zalewa morze turystów, podróżników, backpackersów. Jakkolwiek by ich nie nazwać.

Palcem po mapie

Przesuwając palcem po mapie, włącza mi się tryb podróżnika-odkrywcy. Szukam białych plam na mapie Tajlandii, a przecież takowe nie istnieją. Zresztą, praktycznie zniknęły z powierzchni globu. Już wszyscy wszędzie byli. Czytam. Analizuję, które miejsca zwiedzić, które omijać. Wybieram. Im więcej przeglądam tych rzeczy w internecie, tym coraz bardziej zastanawiam się, jaki to ma sens? Przecież to tylko kilkutygodniowy urlop, a nie podróż dookoła świata. To tylko pierwsza wizyta w Azji. To żadna trzyletnia tułaczka za 11 dolarów dziennie. Czytam. Żeby pobawić się w „podróżnika”, potrzeba czasu i pieniędzy, poprzebywać kilka miesięcy w danej społeczności, poznać ludzi, obyczaje. W obecnym świecie – stać na takie rzeczy tylko nielicznych.

Może chcę się poczuć jak taki nieskrępowany czasem turysta? Nie ma szans. Tak się nie da. Wiem, po co jadę i w jakim celu. Wiem, że to tylko chwilowe oderwanie się od codziennego życia, a nie podróż za jeden uśmiech. Taki jesienny wypad do Azji, to przecież „to samo”, co jeszcze kilka lat temu dla wielu wakacje w Hurghadzie czy tureckiej rivierze (przed zamachami). Tak robią wszyscy młodzi. Najpierw Tajlandia, Kambodża, później Wietnam czy Indonezja, Laos, Sri Lanka. Nic tu odkrywczego, nic tu nowego. „Moda” na Azję trwa (chociażby Azja Express).

Czytam i analizuję. Z dostępnych informacji, klecę „idealny” szablon miejsc, które chciałbym zobaczyć. Pojawia się z oczywistych względów Kambodża i Siem Reap (Angkor) oraz kilka innych miejsc. Konsultuję ten szkic ze znanym podróżnikiem, co w niejednej dziurze już był, niejedną książkę napisał, a nawet coś tam nakręcił. Pytam: Dobrze? Jakbym szukał akceptacji. Pada odpowiedź: „No standardowo. Klasyczna trzytygodniówka z Bangkokiem, Angkorem, górami i wyspami na południu. Zajedziesz się. Będziesz gnał.”

Wszyscy jesteśmy tacy sami?

Czy odpowiedź mnie martwi? Nie. Okazuje się, że z takich samych dostępnych danych, wyciągnąłem te same wnioski, co pół świata. Odpowiednie zarządzanie czasem/gotówką, przy próbie zobaczenia najciekawszych rzeczy kończy się podobnym planem podróży. Nic tu nowego nie da się wymyślić, nie da się zrobić czegoś ponadprzeciętnego, nawet jakby się chciało. Coś kosztem czegoś. Jedziemy w te same zatłoczone miejsca, a później narzekamy, że tłoczno, że turysta na turyście, że zwiedzamy nos w nos. Wszyscy nie dość, że od tego samego szablonu skrojeni, to jeszcze od tego samego Lonely przewodnika po planecie Ziemia podróżujemy. Spełniamy marzenia jedząc ramię w ramię z lokalsami, śpimy w tych samych hotelach co reszta plecakowiczów, odfajkowujemy te same miejscowości na mapie. W końcu dysponujemy ograniczonymi zasobami czasu i gotówki. Spieszymy się, by cokolwiek zobaczyć, a później wrócić do normalnego życia. By ewentualnie na wiosnę, czy za rok polecieć znowu w jakieś inne miejsce.

Czytam. Po co? A może, by całkowicie rzucić schemat, plan i próbować zwiedzać na spontanie – tam, gdzie nas nogi poniosą. Zastanawiam się, czy to ma sens? Czy to nie będzie marnotrawstwo zasobów? Ale może będzie „naturalnie”? Gdzie znaleźć ten pieprzony horacjańsko-turystyczny złoty środek? A może się nie da? Może w ogóle się tym nie przejmować? Może najważniejsze są przeżyte chwile, niesamowite widoki i doprowadzone do orgazmu podniebienie? Może nic innego się nie liczy? Nawet te 43 serduszka na Instagramie pod zdjęciem Angkor Wat o wschodzie słońca.

Człowiek jest tak skonstruowany, że chce więcej, mocniej, bardziej. Wejdzie na 2000 metrów, będzie chciał wejść na czterotysięcznik. A po chwili zapragnie wbijać raki na ścianie Ama Dablam czy Meru. Prześpi się na dziko na ciepłej plaży, spodoba mu się, a za chwilę będzie chciał testować swoje możliwości w cięższych warunkach. Człowiek oderwany od komputera, który zazna namiastki tułaczki, po chwili chce od razu podbijać dżunglę Amazonii. Ale o ciepełku domowym szybko sobie przypomni, pogryziony przez pluskwy i inne cholerstwa. 3 dni bez Internetu też pewnie zrobi swoje.

Nie czytam. Nie analizuję. Rekomendacje zlewają się w jedną wielką plamę. Czarę goryczy przelewają blogi podróżnicze i ich porady, szablonowe wpisy (10 iksów w podróży po igrek – klikalne). A także mądrości zen o rzucaniu wszystkiego i pracy w podróży. Coachingowe dyrdymały, jak żyć, jak oddychać, jak zaznać wyjątkowych doświadczeń, trafić na hipsterskich ludzi i do mało odwiedzanych miejsc.

W ogóle po co wyjeżdżamy? U podstaw podróżowania leży ciekawość innych miejsc, smaków, ludzi. Przez ciekawość świata, tworzymy różne bucket listy miejsc, które koniecznie chcemy odwiedzić. Najpierw był kolonializm, dalej wakacje „all inclusive”, obecnie masowa turystyka pod przykrywką backackerstwa. Turystyka to jedna na najprężniejszych branż, generująca niebotyczne pieniądze. Niektóre kraje żyją  głównie z turystyki. Moda na książki podróżnicze, reportaże, celebryckie wynurzenia jest faktem. Piszą wszyscy. Nawet pani od kabaretów (akurat książka-plagiat o Gruzji). Branża turystyczna pobudza wyobraźnię, wizualizuje pragnienia o przygodach, o których większość z nas skrycie marzy. Komercyjne wyprawy na Mount Everest od 1996 roku są chlebem powszednim. Nawet tragedia, która wydarzyła się na wyprawach Roba Halla i Scotta Fishera nie zniechęca zwykłych śmiertelników do zdobycia najwyższej góry świata. Wszystko po to, by spełnić marzenia, czy poczuć się „wyjątkowym”. Wszyscy uczestniczymy w tym teatrze zwanym turystyką.

Autentyczność? Jaka autentyczność!

Gonimy za autentycznością, prawdziwością, a nawet poklaskiem w social mediach. Tylko, że to wszystko się pomieszało i poplątało.  Jedni wyginają dziubki przy fotce z tygrysem (wrzucając je później na Tindera), inni wykupują wycieczkę do miejsca, w którym opiekuje się słoniami. Jeszcze inni zwiedzają wioski z paniami „long neck”. Autentyczności w tym niewiele. W dodatku dla wielu z nas to turboobciach oraz wrzucanie cegiełki do tego całego niezdrowego biznesu. Jeden dobrze czuje się na wakacjach zorganizowanych przez biuro, drugi woli wyjechać z plecakiem i wskoczyć na autostradę z przewodnika Lonely Planet (albo innego), zwiedzając te same miejsca i odhaczać te same knajpki, by na końcu wbić kolorową szpilkę na korkowej mapie, która wisi na ścianie. W pogoni za „autentycznością” i tak wyląduje w tym samym miejscu, co tysiące ludków przed nim. Zwiedzanie to obecnie kolejna choroba cywilizacyjna. Uzależnienie.

Podróże i blogi podróżnicze

Podróże stały się tak modne, że blogerzy-podróżnicy mogą z tego żyć (nastąpił rozwój blogosfery). Piszą artykuły co, jak i gdzie oraz za ile. Są już blogi dla podróżników-samotników, travelerów-kobiet, wyspecjalizowane dla rowerzystów i rodziców. Teraz ci co wyruszają w podróż dookoła świata, od razu zakładają stronę i fanpage, i to nie tylko, by nie odpowiadać na powtarzające się pytania od rodziny i znajomych. Ale po to, by się podzielić światu swoimi przygodami i może czasem zarobić. W internecie można spotkać masy stron założonych przez ludzi, którzy rzucili pracę, swoje życie i wystartowali w tułaczkę po świecie. Obowiązkowe konta na instagramie, snapchaty i youtuby to obecnie standard. Ciągłe bycie online, wrzucanie zdjęć, statusów, historyjek. Wszystko przeplatane gdzieniegdzie jakimś poradnikiem, artykułem. Podróżnicy obładowani sprzętem do nagrywania filmów i cykania profesjonalnych fot. Plus przygotowany obowiązkowy zestaw chwytliwych, podróżniczych hashtagów (większy zasięg i wpada więcej obserwujących – sprawdzone info). Bo przecież jak tu nie zmonetyzować swojej pasji podróżowania. Teraz nie jedzie się już po to, by jechać, odpocząć, zwiedzać, ale po to, by pokazać swoim czytelnikom, z czym to się je. Klik, klik, lajk, lajk. A gdzie w tym wszystkim fun z tej turystyki? Co jest teraz pierwsze: podróżowanie czy relacja z wyprawy?

Każdy podróżuje tak, jak chce i to jego własna sprawa. Należy się cieszyć, że żyjemy w globalnej wiosce i możemy latać po całym świecie. Ogranicza nas tylko czas (pieniądz). Zwiedzając, uczymy się i poznajemy coś nowego, poznając również siebie. Byłoby wspaniale, byśmy podróżując po wielokulturowych metropoliach, będąc w miejscach przenikania się różnych religii i poglądów, uczyli się tolerancji, szacunku dla mniejszości. By krwawa historia danego miejsca, była dla nas pewnym drogowskazem, a nie tylko pustą dykteryjką przeczytaną w przewodniku. By coś z tego urlopu zostało w głowach. A nie tylko ślad na koncie bankowym, magnes na lodówce oraz spodnie-alladynki w szafie. No i pińcet lajków na fejsbuniu.