Maroko – dzień 7


Maroko – dzień 7 – 4.10.2011 r.

Tradycyjna zmiana planów

Jak zwykle nie udało się nam obudzić o zaplanowanej godzinie. Mimo wszystko odczuliśmy trochę pobyt na czterotysięczniku i organizmy potrzebowały minimalnej regeneracji. Ledwo zwlekliśmy się z łóżek o 9.00. Od razu zgodnie postanowiliśmy, że odpuszczamy pustynie i wąwóz Todra. Decydujemy się na małe „wakacje” nad oceanem – zasłużony 2-dniowy odpoczynek po tygodniowej tułaczce. Magda i Adam nie zmieniają planów i jadą do Zagory. Śniadanie na Dżemaa – 25 dirhamów, wspólna taksówka z placu na dworzec CTA – 40 dirhamów.

Mury As-Sawira

As-Sawira aka Essaouira

Essaouira (As-Sawira) powstała w połowie XVIII wieku. W założeniu miasteczka maczali palce Portugalczycy. Nad wejściem do portu zbudowali twierdzę o nazwie Mogador (obecnie z fortyfikacji pozostały dawne wały i mury obronne – polecam na wieczorny spacer). W 2001 roku medyna w As-Sawirze została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Medyna przez plac Moulaya Hassana gładko przechodzi w uliczki portowe. Sam port o charakterystycznych białych i niebieskich barwach przyciąga uwagę turystów swoją „otwartością” i odmiennymi widokami w porównaniu z resztą marokańskich miejsc. W porcie można podglądać życie tutejszych rybaków, czy też podziwiać wyciągnięte z oceanu okazy. Nie muszę chyba dodawać, że mewy są wszędzie. Medyna nie przytłacza swoją wielkością. Jest czysta, mało skomplikowana, z wieloma ukrytymi placykami, klimatycznymi kafejkami, restauracjami i warsztatami. Należy dodać, że As-Sawira ma szeroką i ładną plażę.

Mewy

Artystyczne miasto

Mury As-Sawira

Essaouira uchodzi za miasto artystów wszelkiej maści, począwszy od muzyków, przez rzeźbiarzy, malarzy i innych rękodzielników. Słynie z kilku festiwali muzycznych: muzyki klasycznej oraz gnawa (tradycyjna muzyka marokańska).

Artystyczny klimat wyczuwa się na ulicy czy przy bliższym kontakcie z lokalami. Są bardziej wyluzowani, niż w pozostałych zakątkach turystycznego Maroka. Czuć w powietrzu bliżej nieokreśloną europejskość. Wiele lat temu miejscowość tę upatrzyli sobie hipisi, zakładając na jej obrzeżach hipisowską wioskę. Luźny klimat tamtych czasów ma chyba nadal duży wpływ na współczesne życie mieszkańców. W dodatku miasto promuje się jako „wietrzne miasto”, stąd jest znanym na świecie ośrodkiem windsurfingu.

Port

Naganiacze, naganiacze

Dojazd do As-Sawiry zajął nam 4 godziny. Bilet kosztował nas 195 dirhamów. Gdy tylko autobus zatrzymał się na dworcu, przez drzwi wtargnęło kilku przekrzykujących się i rzucających cenami noclegów naciągaczy. Padały propozycje 300 i 200 dirhamów. Jednemu z nich chcieliśmy sprzedać naszą Żołądkową Goszką zachwalając: „best quality, good price” (nawiązując do ichniejszych okrzyków). Skwitował to jednak uśmiechem na twarzy i tekstem, że chyba już za długo przebywamy w Maroku.

Gdy pozbyliśmy się natrętów, postanowiliśmy na własną rękę znaleźć jakiś hotelik adekwatny do naszych wymagań. Kierując się w stronę centrum, na jednej z dwóch głównych ulic medyny, namierzył nas murzyn z długimi dreadami. Zaprowadził nas do hotelu, idealnie trafiając w nasze gusta. Niby my szukamy miejsca do spania, a to miejsce znajduje nas – tak to tutaj działa. Mamy fajny, przytulny, hotelik w ciemnej uliczce w centrum medyny. Cena znośna, bo 100 dirhamów za noc, wliczając śniadanie. Hotelik ma leniwy klimat, internet oraz standardowo miejsce na dachu.

Port

Zwiedzanie miasta rozpoczynamy grą w piłkę z marokańskimi dzieciakami w jednej z bocznych uliczek. Następnie obieramy kierunek na port. Przy murach obronnych, odrzucamy propozycję zakupu ciastek z haszyszem. W porcie rybacy łatają sieci, stukają w blachy kutrów. Na stolikach, gazetach, w skrzyniach, leżą porozkładane różne gatunki ryb.

Pobyt na falochronie z widokiem na okoliczną wyspę umila nam mechanik kutra (silnikowy). Niezliczona liczba mew lata nad naszymi głowami, wiatr wieje, słońce zachodzi. Przed nami piękne widoki. Koleś sprzedaje historię wyspy, na która patrzymy. Milo się z nim gawędzi. Rozmawiamy o Toubkalu i o życiu…. i o dziwo nasz rozmówca niczego nie chce nam wcisnąć. Po jakimś czasie stwierdzamy, że w końcu natrafiliśmy na bezinteresownego mieszkańca Maroka. Jednakże po kilkudziesięciu minutach rozmowy nasz mechanik zaczyna proponować jak nie rybę, to wycieczkę na wyspę… czar pryska. Trzeba być czujnym cały czas…

Konieczny jest powrót do hotelu w celu zarzucenia jakiegoś ciucha. Wiatr daje się mocno we znaki. Zwiedzamy As-Sawirę po zmierzchu. Snujemy się uliczkami wzdłuż wybrzeża. Na naszym hotelowym dachu dyskutujemy o wyborach w Polsce – zżera nas ciekawość, czy była w końcu debata i jakie brudy powyciągali chłopcy z PO, PIS i SLD. Jutro pobudka o 9.00 i „akcja plaża”.

Zdjęcia As-Sawiry znajdziecie w galerii.