Maroko – dzień 6


Maroko – dzień 6 – 3.10.2011 r.

Dzień ataku szczytowego

Budzimy się o 5.00, gdy jest jeszcze ciemno. Wysuwamy głowy z namiotu i spoglądamy w stronę szlaku na Toubkal. Widać światła czołówek, więc można się poczuć jak na wyprawie na ośmiotysięcznik ;) Przebieramy się, przepakowujemy plecaki, jemy szybkie pseudo śniadanie. Znajdujące się w plecakach Snickersy i czekolady pozamarzały. To pokazuję, jaka temperatura panuje tutaj w nocy. Nie dziwne, że zakładaliśmy do snu po 2-3 warstwy ubrań.

Jebel Toubkal

Początek szlaku na Toubkal

Jakoś ok. 5.40 wychodzimy z bazy i kierujemy się na szlak. Jest już szarówka. Mamy do pokonania dzisiaj prawie 1000 metrów przewyższenia. Na szczycie powinniśmy zameldować się po ok. 3,5 godzinach. Czołówkę można schować do plecaka, nie jest już potrzebna. Zaraz po wyjściu z zabudowań schroniska, trzeba uważać, by nie pomylić drogi.

Toubkal
Początek trasy nas lekko zaskoczył, gdyż nie spodziewaliśmy się od razu na starcie takiego stromego podejścia. W dodatku mocno sypkiego. Nogi zsuwały się ze ścieżki. Dziwiło nas, że grupka Japończyków idzie szlakiem oddalonym od naszego o kilkadziesiąt metrów. Okazało się, że to oni, prowadzeni przez przewodnika, idą dobrym, wydeptanym szlakiem. A my walczymy na podejściowym skrócie. Szybko naprawiamy nasz błąd i wyprzedzamy grupę samurajów.

Przełęcz Tizi n’Toubkal

Szlak na Toubkal prowadzi stromo przez dolinę, a następnie skręca lekko w prawo w kierunku przełęczy Tizi n’Toubkal. Po początkowym ostrym podejściu, mijamy rumowiska głazów. Wszystko powoli budzi się do życia, w tym i my. Jest szaroburo, wokół unoszą się kłęby chmur/pary. W związku z narzuceniem dość mocnego tempa, nie jest nam specjalnie zimno. W dodatku zaczyna niemrawo za szczytów wychodzić słońce. Szlak robi się mniej stromy. Wyprzedzamy kolejną grupę ludzi i stosunkowo szybko zdobywamy wysokość. Idzie nam się nieźle. Poranne słońce koloruje na czerwono okoliczne szczyty. Przed samą przełęczą robi się znów stromo. Dochodząc do niej, robimy sobie krótki odpoczynek. Droga na przełęcz zajmuje coś ok. 2 godzin.

Przełęcz Tizi n’Toubkal

Grań przedszczytowa

Dalej szlak prowadzi granią, która kończy się wyjściem na szczytowe plateau. Nie sprawia większych trudności technicznych. Ot różnej wielkości głazy i kamienie. Próbuję porównać drogę do jakiegoś szlaku tatrzańskiego, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Na pewno Toubkal, ze względu na trudności techniczne, jest łatwiejszy niż Rysy czy Kościelec, nie mówiąc już o Orlej Perci.

Na dachu Maroka

W końcowej fazie podejścia Pawełek rusza szybszym tempem. Melduje się na szczycie jakieś 5 minut przede mną. Dochodzę do charakterystycznego, metalowego trójnogu dokładnie o 8.45. Na szczycie jest z nami jakieś 15 osób. Trzeba się posilić i konieczni uzupełnić płyny. Woda w butelce lodowata, a Snickersy nadal zamrożone. Trochę wieje, lecz nie jest to wiatr urywający głowy. O zdjęciu rękawiczek nie ma nawet mowy. Widoki popsuły chmury i unoszące się kłęby pary. Ciężko było dostrzec pustynie. Ale zgodnie twierdzimy, że widoki są zadowalające. Czujemy się bardzo dobrze, nie mamy problemów z oddychaniem. Aklimatyzacja działa. Na szczycie obowiązkowo fotografujemy się z trójnogiem. Robię również zdjęcia panoramie. Jesteśmy na szczycie 20 minut. Czas na powrót.

Jebel Toubkal

Jebel Toubkal – 4167 m.n.p.m – najwyższy szczyt Afryki Północnej zdobyty!!!

Po drodze lawinki osuwających się kamieni i suchy, wyjeżdżający spod butów piasek. Należy zachować ostrożność podczas „zsuwania się”. Nigdzie nam się nie spieszy, więc schodzimy wolnym tempem, podziwiając widoki i robiąc zdjęcia.

Atlas Wysoki

Droga powrotna do bazy

Schodząc widzimy Magdę i Adama na przełęczy. Okazuje się, że Magda rozpoczyna atak szczytowy, a Adam rezygnuje, gdyż źle się czuje. Będzie czekał na przełęczy. Do schroniska docieramy ok. 11.30 – w idealnym momencie. Zaczęło mocno padać, więc w ekspresowym tempie zwijamy nasz obóz i pod schroniskiem czekamy na przejście opadu.

Refuge

Zejście do Imlil i taxi do Marrakeszu

Ok. 13.00 robimy wymarsz w dol. Przez cala drogę do Imlil towarzyszyła nam mżawka. O 17.20 meldujemy się w wiosce, gdzie od razu zabieramy się do targowania za taksówkę. Stanęło na 250 dirhamach za 4 osoby. Kierowca mercedesa jest bardzo sympatyczny, taki wesoły ludek. Jadący z przodu Paweł zapala papierosa, kierowca się do niego przyłącza i tak oto jedziemy do Marrakeszu przy akompaniamencie marokańskiej muzyki płynącej z głośników, w oparach fajek.

Ponownie Marrakesz

Po przyjeździe do Marrakeszu kierujemy się od razu do hotelu Medina (zaraz obok hotelu Essaouira) – 50 dirhamów łóżko. Ciut lepszy standard niż u sąsiada. Ładniejsze pokoje i łazienki. Po rozwieszeniu mokrego namiotu na dachu hotelu i zrobieniu szybkiego prania, udajemy się na plac, w celu skonsumowania solidnego posiłku. Standardowo korzystamy z usług pana od soków. Zostajemy zawinięci przez kucharza do jednej z kilkudziesięciu takich samych „restauracji” na środku placu.. Tym razem serwujemy sobie szaszłyki z grilla, frytki i surówki. Jemy bez żadnych obaw. Kręcimy się po placu i wracamy do hotelu.

Dżemaa el-Fna, Marrakesz

Muły

Nie odpuszczamy tej nocy rozmów na dachu…, wiec tym razem wpadamy na pomysł, by muły wchodzące na Toubkal, wnosiły nie tylko sprzęt, ale i samych klientów;) A piliśmy do pewnej sytuacji, którą zaobserwowaliśmy w Imlil. Gdy schodziliśmy z gór, w wiosce mijaliśmy muły „ćwiczące” noszenie ciężarów (przez noszenie kamieni w sakwach)…(WTF??). Na naszych oczach jeden osiołek przechylił niechcący taką sakwę, a z niej wysypało się kilkanaście sporej wielkości kamieni. Lecimy w kimono. Pobudka zaplanowana na 8.30. Cel – Zagora, czyli będziemy próbować naszych sił na pustyni.

Więcej zdjęć z wędrówki po Atlasie Wysokim znajduje się w galerii.