Maroko – dzień 5


Maroko – dzień 5 – 2.10.2011 r.

Pobudka

Odpoczynek i sen okazały się silniejsze od zdobywania szczytu. Po podniesieniu głów ok. 5.30 i zinterpretowaniu docierających w oddali odgłosów krzątania i wymarszów kolejnych ekip, szybko postanowiliśmy, że ten dzień nie będzie naszym dniem sukcesu. Budziki zostały wyłączone – widocznie podejście do bazy i wysokość zrobiły swoje. Sen okazał się ważniejszy.

Refuge

Lodowata noc

Ale jeszcze słów kilka odnośnie temperatur w nocy. Mimo dość solidnego śpiwora i warstwy termicznej, w nocy było mi piekielnie zimno. Do tego stopnia, że musiałem budzić się i zakładać bluzę i zaciągać kaptur w kokonie. Pawełek musiał odczuwać chłód jeszcze bardziej, gdyż rano okazało się, że ma na sobie dodatkowe 2 warstwy ubrań (ale trzeba przyznać, że dysponował ciut gorszym śpiworem).

Atlas Wysoki

Obudziliśmy się ok. 10.00. Jak już pisałem wcześniej, w masywie Toubkala znajduje się dość spore i podobno malownicze jezioro Ifni. Oddalone jest od schroniska jakieś 3-4 godziny w jedną stronę. Wstanie o tak późnej porze, skreślało ten cel z naszego grafika. Ale i tak zaczęliśmy wprowadzać nasz plan zapasowy, czyli zdobyć niezbędną aklimatyzację, a przy okazji rozejrzeć się po okolicy. Jak się później okazało, był to świetny pomysł.

Aklimatyzacja

Po 11.00 wyruszyliśmy na eksploracje terenu, w stronę przełęczy Tizi n`Ouanoums. Taka wysokość powinna gwarantować naszym organizmom dobre funkcjonowanie na czterech tysiącach dnia następnego. Poza tym zawsze warto było sprawdzić, jak się będziemy czuć na takich wysokościach, zanim zaatakujemy Toubkal. Niby nie są to wysokości rzędu 6-7 tysięcy, ale warto dmuchać na zimne. Zresztą nigdzie nam się nie spieszyło, a okoliczne tereny wyglądały na bardzo interesujące.

Atlas Wysoki

Przełęcz Tizi n`Ouanoums (3664 m.n.p.m.)

Trasa na przełęcz prowadziła przez „górzystą pustynię”. Dolina była pokryta piachem i kamieniami. Gdzieniegdzie można było natknąć się na małe wodospady. Pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Słońce operowało na tyle mocno, że postanowiliśmy posmarować twarze kremami (co zresztą można wychwycić na niektórych zdjęciach). Droga nie sprawiała żadnych trudności technicznych. Ot taki nasz szlak na Czerwone Wierchy, tylko, że przesunięty 2 tysiące metrów nad poziom morza. Szliśmy spokojnie, podziwiając widoki. Od czasu do czasu cykaliśmy zdjęcia. W końcu trzeba było nadrobić lenistwo fotograficzne dnia poprzedniego. Na samej przełęczy, jak to na przełęczy, trochę wiało. Ale widoki rekompensowały niedogodności związane z wiatrem i lekkie zmęczenie. Oczywiście tym razem szliśmy tylko z najpotrzebniejszymi rzeczami, praktycznie cały dobytek zostawiając w namiocie.

Tizi n`Ouanoums

Ciekawy pomysł Pawełka

Na przełęczy współtowarzysz rzucił pomysł podejścia na pobliski szczyt/grań (patrząc od strony schroniska, grań po lewej stronie przełęczy). Godzina była wczesna, więc coś trzeba było dalej spsocić, by nie wracać jeszcze do bazy. Na szczyt prowadziła „małowydeptana” ścieżka, zatem wywnioskowaliśmy, że nie jest to jakiś oficjalny szlak. Zdobyliśmy noname’owy „szczyt/grań” – miał on pi razy drzwi 3850 m.n.p.m. Pomysł współtowarzysza był świetny, gdyż ze szczytu rozciągała się ładna panorama na Atlas Wysoki, w tym na Toubkal (można było dojrzeć charakterystyczną budowlę – trójnóg na szczycie) oraz na jezioro Ifni. W oddali można było dostrzec pustynie. Grzechem byłoby nie zrobić sesji zdjęciowej :)

Jezioro Ifni

Nieciekawa graniówka

Jednak zamiast wracać, postanowiliśmy przetrawersować grań i dojść do przełęczy, przez którą prowadzi szlak do jeziora (mijaliśmy go po lewej stronie po wyjściu ze schroniska). Ten pomysł już nie był taki brylantowy jak poprzedni i mógł skończyć się … powiedzmy nieprzyjemnie. Oczywiście były tu wydeptane jakieś ścieżynki (możliwe, że przez pasterzy i ich zwierzaki), ale również nie były to oficjalne szlaki turystyczne. Szliśmy godzinę o piargach, kamieniach i skałach, ok. kilkunastu metrów poniżej grani. Duże nachylenie stoku oraz sypkie podłoże, nie ułatwiało sprawy. Nasz spacer zaowocował dojściem do punktu, w którym ścieżka się urywała, a dalej była już tylko przepaść. W oddali widać było szlak do sąsiedniej doliny. Musieliśmy zawrócić. Niestety, droga powrotna nie okazała się sielanką/bukoliką/eklogą. Niby łatwizna – wrócić po własnych śladach. Tylko, że tu wszystko wyglądało tak samo. Nie obyło się bez strachu. Trochę pobłądziliśmy i musieliśmy wspinać się po dość eksponowanym terenie. Wdrapywaliśmy się to na skałki, to jakiś szczycik, by móc zorientować się w terenie i namierzyć nasze „miejsce wyjścia”. Wszystko skończyło się szczęśliwie i trafiliśmy w miejsce, z którego robiliśmy zdjęcia.

Czerwony szczyt

Powrót do bazy

Zaczęliśmy wracać do schroniska. Wybiła 15.00 i zaczynało się robić późno. Ok. 16.00 zaczyna lać (eeeee dlaczego mnie to nie dziwi?) i grzmieć gdzieś w oddali. O 17.00 docieramy do Refuge, tym razem uśmiechnięci i nie tak zmordowani jak dnia poprzedniego. Dalsze czynności nie były spektakularne, więc tę część opisu pominę. Wspomnę tylko, że pod prysznicem był wrzątek:) Tym razem na kolację berberzy przygotowali tadżin (tadżin, tagine, tajine –tradycyjna marokańska potrawa, składające się z duszonych warzyw i mięsa, najczęściej jagnięciny, z dodatkiem ciecierzycy lub kuskusu, przyprawiona aromatycznymi przyprawami, przygotowywana w specjalnym naczyniu (ze stożkowatą pokrywą) do pieczenia mięs nad rozżarzonym węglem lub drewnem). Na deser była miska owoców. Cena niewygórowana – 50 dh.

Tizi n`Ouanoums

Schroniskowe rozmowy

Wieczorem w schronisku poznajemy Magdę i Adama z Wrocławia. Przy herbacie gawędzimy o dotychczasowych miejscach, w których byliśmy i o planach na kolejne dni. Wspominają, że tak jak my, jutro atakują Toubkal, a dalej celują w Zagorę i pustynię. Żegnamy się i rzucamy – „do zobaczenia na szczycie”. Zawijamy wcześniej niż zwykle do namiotu, ponieważ chcemy z samego rana wejść na szlak prowadzący na czterotysięcznik. Noc była ciemniejsza niż zwykle ;-) Chmury musiały zakryć gwiazdy. Berberzy wspominali coś o zmianie pogody i o nadchodzącym śniegu. Wsuwamy się w kokony o 21.00 i mając w pamięci doświadczenia ostatniej nocy, ubieramy się na cebulkę. Pawełek zakłada trzy warstwy + softshell. Ustawiamy budziki na 5.00 rano. Jutro ważny dzień.

Więcej zdjęć z wędrówki po Atlasie Wysokim znajduje się w galerii.