Maroko – dzień 4


Maroko – dzień 4 – 1.10.2011 r.

Taksówka do Imlil

To jest pierwszy dzień w naszej podróży, kiedy musieliśmy obudzić się o 7.00. Tak wczesna pora spowodowana była zamówieniem transportu do Imlil na 9.00. A chcieliśmy jeszcze skoczyć na Dżemma-el-Fna napełnić żołądki (tym razem zjedliśmy naleśniki). Po dopakowaniu klamotów, wyszliśmy pod hostel, a tam małe dziwko. Taksówkarz już na nas czeka (podobno od 10 min. – punktualna bestia). Zastanawialiśmy się, jakim cudem kierowca tego starego mercedesa wjechał w tę wąską uliczkę… Przechodzący akurat ludzie nie podzielali jego i naszego entuzjazmu…

Imlil (1730 m n.p.m.)

Imlil jest położone 57 km od Marrakeszu. Jedzie się tam przez miejscowość Asni (50 km), a później już wąwozami i krętymi drogami do wioski Imlil. Na krętych zakrętach kierowca trąbi, by dać znak ewentualnie nadjeżdżającym z przeciwka samochodom (ograniczona widoczność przez niezliczone serpentyny, a droga ma po prawej stronie zbocze góry, po lewej dolinę). Driver radzi sobie wyśmienicie. Mija zakręty z dość dużą prędkością i pewnością. My tej ostatniej nie mamy. Widać, że droga ma być poszerzana, gdyż zaczynają „skuwać ścianę” (możliwe, że do tej pory już to zrobili).

Imlil to mała mieścina leżąca w dolinie Mizan. Jest najpopularniejszą bazą trekkingową w Maroku. Stąd do schroniska pod Jebel Tubkal jest już ok. 5 godzin podejścia. Wioska żyje głównie z trekkingu, dlatego z noclegiem tutaj nie ma problemu. Można też wynająć przewodnika oraz muły, które wniosą nasz sprzęt do bazy pod Toubkalem.

Docieramy do wioski ok. 11.00. Robimy jeszcze szybkie zakupy w postaci coli i wody mineralnej – założyliśmy, że jest to niezbędne do przetrwania. To nic, że dorzuciliśmy sobie na plecy po 2 kg więcej. Buty trekkingowe w końcu mogły znaleźć się na naszych nogach i odciążyć bagaż. Tu należy może wspomnieć o naszym ekwipunku. Bo tak jak nasze toboły nie wadziły nikomu w Hiszpanii (auto), to już w Maroku nie było tak różowo. A to dlatego, że musieliśmy tachać namiot, śpiwory, buty trekkingowe, kijki i karimaty. Oczywiście wszystko się przydało, ale powiedzcie to naszym plecom. Wracając… więc dorzucenie butelek z płynami dociążyło nasze plecaki o kolejne kilogramy. A forma i lata już nie te… Ruszamy w górę. Niestety nie posiadam zdjęć z podejścia, gdyż aparat miałem schowany głęboko w plecaku i po prostu nie chciało mi się go wyjmować – kretynizm.


Refuge

Atlas Wysoki i Toubkal National Park

Atlas Wysoki to najwyższy grzbiet górski Afryki Północnej, biegnie ukośnie przez całe terytorium Maroka. Berberowie nazywają go Idraren Draren – Góry Gór. W paśmie górskim znajduje się kilka szczytów powyżej 4000 m. i ok. 400 powyżej 3000 m. Wszystkie najwyższe wierzchołki skupiają się w rejonie Jebel Toubkal. Po Atlasie Wysokim można poruszać się przez cały rok, choć trzeba mieć na uwadze fakt, że od listopada do maja powyżej 2000 m. temperatura spada poniżej zera, a wyższe szczyty i przełęcze pokryte są śniegiem. Wybierając się w tym okresie, trzeba się odpowiednio przygotować, głównie sprzętowo. Toubkal National Park założony został w 1942 roku i obejmuje obszar 380 km2. Toubkal nie jest jedyną atrakcją parku, ale na pewno daniem głównym dla turystów. Pośród czterotysięczników leży malownicze jezioro Ifni, a także kilka ponad 3-tysięcznych przełęczy. Daje to idealne miejsce dla amatorów górskich wędrówek. Góry porasta dość skąpa roślinność, występują tu tarasowe urwiska i strome zbocza, a także spłaszczone u wierzchołka szczyty. Gdzieniegdzie można spotkać górskie owce – muflony, dziki i gazele.

Szlaki

Jebel Toubkal (4167 m.n.p.m.)

Jebel Toubkal to najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego i jednocześnie najwyższy szczyt Afryki Północnej. Góruje nad doliną Mizan. Po raz pierwszy szczyt został zdobyty w 1923 roku. Należy do najłatwiejszych 4-tysięczników na świecie, stąd przyciąga rzesze turystów z całego globu. Obecnie wchodzi na niego kilkuset turystów rocznie. W okresie niezimowym nie sprawia większych trudności. W teorii wymaga aklimatyzacji i odrobiny przygotowania kondycyjnego. Mimo wszystko jest to 4 tysiące metrów z okładem, więc należy liczyć się z objawami choroby wysokościowej. Sama góra to długie i strome piargi, skały o ciemnobrązowej, czerwonej barwie.

Toubkal

Mozolne podejście w ukropie

Pierwszy fragment, jeszcze na pograniczu wioski, pokonujemy w cieniu drzew, ale po kilkunastu minutach wychodzimy na niesamowitą patelnię. Żar się leje z nieba. Odczuwamy  litry niesionej coli. Patent z przytroczeniem małego plecaka do dużego działa – śmieję się, że na plecach mam jakieś 21 kg. Po Tatrach zdarzało mi się śmigać z plecakiem 11-14 kg. Ale z celującym w 20 kg mandżurem nigdy. Droga prowadzi dnem malowniczej doliny Mizan, łatwym szlakiem, oznaczonym różowym kolorem (gdzieniegdzie na skałach, kamieniach namalowane różowe kropki i strzałki). Szlak na pierwszym odcinku ma kilka wariantów. Omijamy z lewej strony wioskę Arumd, przekraczamy wysuszone koryto rzeki i powoli, mozolnie nabieramy wysokości. Podejście stosunkowo łatwe, ale przy prawie 50 stopniach, 20-kilogramowe plecaki robią jednak swoje. Sporo ludzi schodzi w dół, masa osiołków/mułów podąża w górę.

>Topografia

Mija nas jakaś zorganizowana grupa Włochów i Anglików. Angol dziwi się, że tacy młodzi ludzie jak my idą tak wolno, a oni 50-latkowie wbiegają jak gazele. Tylko, że jak mu daję do ręki mój plecak, to minę ma już nietęgą. Upiera się, że plecak waży maksymalnie 10 kg. Oni oczywiście idą z małymi plecakami, a muły wiozą ich ekwipunek. Tu trzeba dodać, że zrobiliśmy błąd, kupując tyle napojów, ponieważ praktycznie na całej długości trasy (przynajmniej do połowy podejścia do schroniska) znajdują się przydrożne „sklepiki” oferujące colę, wodę czy nawet wyciskany sok z pomarańczy.

Wioska berberska Chamharouch i handel wymienny

Po 2 godzinach spokojnego marszu dochodzimy do berberskiej wioski o nazwie Chamharouch. Podczas odpoczynku nawiązujemy gadkę z Mohamedem (kolejny na naszej drodze), który proponuje mały i szybki barter. Zainteresowany jest małym plecakiem, kijkami, karimatą, telefonami. Wszystko fajnie, tylko, że oferuje na wymianę berberskie noże albo kamienie z okolicznych gór… Zrobił dziwną minę, jak usłyszał, ile dałem za ten mały plecak. Podobną minę strzeliłem pewnie sam, gdy pokazał mi jakiś „kamień księżycowy” z jego kolekcji. Zażartowaliśmy z kompanem, że chyba moglibyśmy dostać cały hangar jego bibelotów za ten plecak. Nie ma to jak handel i wycena przedmiotów ludzi z różnych kultur. No nic, odpoczęliśmy, pośmialiśmy się, porozmawialiśmy z berberem, a przecież jeszcze czekało na nas długie podejście.

Druga połowa trasy

Sympatyczny Mohamed na pożegnanie rzuca, że jeszcze zostało nam 3h podejścia. Widać coraz więcej turystów idących to w jedną, to w drugą stronę. Dolina jest bardzo długa, ciągnie się niemiłosiernie. Widoki nie zapierają tchu w piersiach. Możliwe, że człowiek po prostu przyzwyczajony jest do ukochanego krajobrazu tatrzańskiego. Mijające muły trochę wytrącają nas z rytmu. Trzeba im schodzić z drogi. Ale jest też plus takiej sytuacji – to dobry moment na złapanie oddechu ;)

Mniej więcej od ok. 15 słońce powoli wytraca swoją grzewczą moc. Temperatura drastycznie spada. Ma na to wpływ również wysokość, na jakiej się znajdujemy. Dodatkowo po godzinie 16 zaczyna kropić deszcz. Skąd ja to znam:) („będzie padało po 16”). Na ostatnim odcinku podejścia pod schronisko mijamy się ze schodzącymi Polakami. Okazuje się, że na lekko zaatakowali Toubkal – weszli z Imlil do schroniska, dalej na szczyt i teraz schodzą. Można bez aklimatyzacji? Można! Brawo. Chociaż coś jedna panna narzekała na ból głowy…. Cóż, choroba wysokościowa jednych łapie, innym nie zawraca gitary (Coelho znów). My wykombinowaliśmy sobie to inaczej i chcieliśmy pobyć chwilkę z dala od cywilizacji.

Refuge Base Camp

Ok. 17.00, czyli po 6 godzinach marszu dotarliśmy do Refuge Base Camp, składających się z 3 murowanych domów. Wybudowane zostały przez Francuzów dawno temu. Jeden z budynków to Gite Camping Les Mouflons (dawniej Refuge Neltner), drugi to schronisko Refuge du Toubkal, prowadzone przez Club Alpin Francais de Casablanca. I pod nim się rozbiliśmy. Ale od początku.

Refuge Du Toubkal

Gdy doszliśmy do zabudowań, zrzuciliśmy w końcu plecaki. Umieram/jestem wykończony/tu można wstawić jakiś inny epitet. Podejście doliną strasznie mnie wymordowało. Tłumaczę sobie, że to wszystko przez ten ciężki bagaż. Pawełek jest w lepszej formie. Ale nie ma co narzekać, a trzeba rozbić namiot i dokonać rekonesansu – co/jak/gdzie/za ile? Ziemia jest twarda jak beton, więc zarzucamy pomysł wbijania śledzi. Wszędobylskie głazy i kamienie robią za nasze szpilki – wrzucamy 4 do namiotu. Nasza rezydencja błyszczy na 3207 m.n.p.m. Nie wiem, czy ból głowy to skutek wysokości czy zmęczenia. Aplikuję sobie tabletkę przeciwbólową i witaminy. Po prysznicu i zjedzeniu czegoś ciepłego w miejscowej stołówce (spaghetti i harira) bóle mijają i jestem jak młody bóg. Schroniskowy cennik jest przystępny. Cena na rozbicie namiotu wynosi 10 dh, prysznic 10 dh, obiad 50 dh. Berberzy obsługujący schronisko są mocno wyluzowani, przyjaźni, nie robią żadnych problemów. Rozliczenie z nimi polega na tym, że podchodzi się do takiego jegomościa i wylicza się za co chce się zapłacić (z tego się skorzystało, tu się rozbiło, tam wzięło się butelkę coca coli z kantyny). On to podlicza – wręczenie banknotu o określonej kwocie kończy zabawę. Totalne zaufanie do „ludzi gór”. W schronisku można zaopatrzyć się w wodę, colę, różne batony. Warunki są całkiem niezłe jak na taką wysokość i takie odludzie. Spodziewałem się jakiejś kompletnej rudery. Ale może standardy mam zaniżone. Miłym zaskoczeniem jest ciepła woda pod prysznicem, choć sam prysznic pozostawia wiele do życzenia. W schronisku pomieszkuje na stałe 16 berberów, reszta ekipy jest podobno wymienna. Zatrzymują się tu na nocleg turyści z całej Europy. Można było usłyszeć Czechów, Polaków, Węgrów, Rosjan, Włochów, Anglików, a także Amerykanów i Japończyków. Wieczór spędzamy z parką z Warszawy, która planuje dnia następnego atak na szczyt. Wstępnie umawiamy się z nimi na wymarsz o 6.00, zastrzegając, że jak się nie stawimy (było to wielce prawdopodobne), by ruszali sami. Nie może obejść się bez odwiedzin dachu, więc uzbrojeni w colę lądujemy na dachu/tarasie schroniska. Temperatura o 22.00 spada do ok. 0 stopni, więc każdy z nas ubrany jest od stóp do głów w przeróżne warstwy ocieplenia. O 23.00 lecimy w kimono, z zamiarem pobudki o 5.30. Umówiliśmy się z Pawełkiem, że nasz jutrzejszy atak szczytowy będzie zależał od porannego samopoczucia i nie jest przymusowy. Już wtedy przypuszczaliśmy, że nie będzie nam się chciało podnieść głowy i wyjść z namiotu. W razie takiego obrotu sprawy, mieliśmy plan zapasowy.

Schronisko
Więcej zdjęć z wędrówki po Atlasie Wysokim znajduje się w galerii.