Maroko – dzień 3


Maroko – dzień 3 – 30.09.2011 r.

Perła Marrakeszu – Dżemaa-el-Fna

Przyjeżdżamy  do Marrakeszu o 10.50. Tutaj wita nas kolejny pałac-dworzec. Można by długo polemizować, która budowla jest bardziej okazała, czy ta w Fezie czy ta, którą mamy przed oczami. Taxi do medyny targujemy z 40 na 35 dh:) Szaleństwo…

Marrakesz jest czwartym co do wielkości miastem Maroka i uchodzi za stolicę południowej części kraju. Dawniej był ważnym w świecie islamu ośrodkiem artystycznym i kulturalnym. Teraz to głównie miasto turystyczne. Marrakesz w odróżnieniu od miast, które odwiedziliśmy wcześniej, charakteryzuje się kolorem czerwonym, ceglastym. Główną atrakcją jest plac Dżemaa el-Fna. To wielki dość nieregularny plac, nad którym góruje meczet Kutubijja. W tym miejscu koncentruje się życie towarzyskie Marrakeszu. Sam plac, z mnóstwem stoisk oraz mieszanką tłumu turystów i miejscowych sprzedawców może pochwalić się niepowtarzalną atmosferą. Żyje 24 godziny na dobę, jednak prawdziwe oblicze ukazuje dopiero późnym wieczorem. Wtedy to startuje show kuglarstwa, zaklinaczy węży, żonglerów, akrobatów i innych cudaków. Plac zapełnia się stoiskami z przyprawami, owocami, świeżo-wyciskanymi sokami (pyszne i tanie), sprzedawcy gotują ślimaki, handlują grillowanym mięsem itd. Popołudniem, na środku placu rozkładają się się liczne „restauracje”, gdzie można tanio i smacznie zjeść klasyczne marokańskie potrawy.

ulice Marrakeszu

Można spróbować przymknąć oko na higienę sprzedawców i kosztować pyszności. Polecam szaszłyki z grilla. Fani oliwek na pewno będą wniebowzięci. Do każdego posiłku dostajemy w Maroku kilka pojemniczków przystawek z różnymi rodzajami oliwek. Większość tanich hoteli można znaleźć w uliczkach odchodzących na wschód i południowy wschód od placu. Suki oraz najważniejsze budynki sakralne są zlokalizowane na północ od Dżemaa el-Fna. Stragany oferują niezliczoną ilość bibelotów i bubli, ciuchów i rękodzieła.

 

Stare miasto w Marrakeszu to labirynt uliczek ze sklepikami i warsztatami. Może niekoniecznie tak wąskich i ruchliwych jak w Fezie. Szczególnie uliczki wokół placu nie należą do najszerszych. Klinowanie się pojazdów nie jest tu niczym szczególnym. Masa lokalsów  po medynie porusza się na osłach lub motorynkach, auto jest niewygodne. Im dalej od placu tym ulice są szersze, a na nich można już spotkać taksówki i inne pojazdy. Wszędobylski jest też  kurz i spaliny. Trzeba uważać, by nie zostać potrąconym przez motocykl, rower czy riksze.

 

Dżemaa el-Fna

Snucie się po medynie

Taxi wyrzuciło nas pod Dżemaa el-Fna. W pełnym słońcu wmaszerowaliśmy na plac. Przespacerowaliśmy się to w jedną to w drugą stronę, robiąc mały wywiad, zbierając info o cenach i poszukując jakiegoś zakotwiczenia. 3 min od placu, w jego bocznej uliczce znaleźliśmy hotel Essaouira. Koszt takiej przyjemności to 50 dh. Tym razem nie chciano nam dać miejsca na dachu, ponieważ były wolne pokoje ;) Sam hotel nie okazał się jakimś szaleństwem jakości. Ale miał wszystko to, czego potrzeba ludziom w czasie podróży – łóżko i prysznic. W największy upał atakujemy serce Marrakeszu, by zaspokoić nasze podniebienia i zasmakować opisywanego wszędzie soku z wyciskanych cytrusów (4 dh). Szwendanie po sukach zaowocowało zakupem spodni – popularnych szarawarów/alladynów. Samo centrum Marrakeszu wydaje się sympatyczne dla europejskiego turysty. Oczywiście próby namawiania na różne cuda na kiju się zdarzają, ale wystarczy nie wchodzić w dyskusje albo machnąć ręką, odwrócić wzrok i iść dalej.  Tutaj również ludzie nie przychylnym okiem patrzą na pstryk aparatu. Ukrywają twarze, migają się od celowników obiektywów. Chyba że w grę wchodzi drobna opłata – wtedy chętnie pozują do zdjęcia. Ale przecież nie o to chodzi. Poruszając się po medynie praktycznie nie da się zabłądzić. Średnio rozwinięty zmysł orientacji powinien wyprowadzić z każdego zakątka medyny. Mapy niewiele tu pomagają. Zwiedzanie może być jednak uciążliwe z powodu wysokiej temperatury. Dlatego należy pamiętać o napojach i nakryciu głowy. Spacerując bez celu, wydostajemy się się poza mury. Powietrze nie jest na tyle przejrzyste, by dojrzeć góry Atlasu Wysokiego – nasz kolejny cel :(

Dach hotelu – miejsce spotkań z ciekawymi ludźmi

Upał 45 stopni. Zimna cola schładza mózg i ciało. Bramy okolicznych parków są pozamykane (piątek). Wracamy do hotelu, a tam na dachu przysiadamy się  do 69 letniego Glenna z Kanady – backpakersa podróżującego zawsze samotnie po świecie, będącego po raz 5-ty w Maroku. Znikamy znów na plac. Dżemaa zaczyna tętnić życiem. Rozstawiają się stragany, restauracje, pojedyncze stanowiska performerskie – derwisze, zaklinacze węży, śpiewacy, tancerze, wyrywacze zębów itd. Można posmakować ślimaków, daktyli, oliwek, wszystkiego czego dusza zapragnie. Sok z wyciskanych pomarańczy czy limonek jest przepyszny. Opychamy się harirą (zupa charakterystyczna dla kuchni berberskiej obszaru Maroka) i kuskusem – porcje takie, że nie możemy tego wszystkiego wsunąć. Miętowa herbata jest jak zwykle wyborna. Jeszcze tylko standardowo odwiedziny dachu przed snem i kierunek lulu – jutro Toubkal. W tak zwanym międzyczasie, gdy krążyliśmy po Marrakeszu, zdecydowaliśmy, że nie ma co się pławić w luksusach i trzeba pojechać w góry. W końcu już praktycznie październik i możemy natrafić na niesprzyjające warunki. Załatwiliśmy taksówkę do Imlil. Total 300 dh (w tym 100 dla załatwiacza). Jak się później okazało, wcale strasznie nie przepłaciliśmy, szczególnie, że było nas dwóch i mieliśmy podwózkę spod hotelu.

Galeria zdjęć znajduje się tutaj.