Maroko – dzień 2


Maroko – dzień 2 – 29.09.2011 r.

Busem do Fezu

Klasyczne śniadanie w Maroku składa się z bułeczek, dżemu, sera i oczywiście obowiązkowo słynnej miętowej herbaty. Wspominałem już, że jest przepyszna? Piję się ją w takich małych kubeczkach/szklaneczkach. Mniam mniam. W dodatku kosztuje grosze. Kręcimy się trochę po medynie i zmykamy na dworzec CTM (hmm powiedzmy, że to taki ichniejszy Polski Bus). Autobus do Fezu kosztuje 80 dirhamów. W porównaniu do Bone Voyage – mamy tu komfortowe warunki. Nikt nie nagania, obsługa wrzuca bagaż do luku, klimatyzacja – burżujstwo. Bus na tej trasie jedzie około 4h.

Fez – najstarsze miasto Maroka

Fez to serce kultury muzułmańskiej w Maroku. Składa się z trzech części: Fes el-Bali (Stary Fez), Fes el-Dżdid (Nowy Fez) i ville nouvelle. Pierwsze dwie składają się na medynę, ostatnia stanowi zbudowane przez Francuzów w 1916 r. centrum administracyjne. Medyna słynie z krętych i wąskich uliczek, tworzących swoisty labirynt (szczególnie dla nowego turysty), niezliczonej ilości sklepików, bazarów, farbiarni, garbarni, warsztatów, targowisk z przyprawami i owocami. Otoczona jest wspaniałymi murami obronnymi, z kilkoma słynnymi bramami (Bab el-Mahruk, Bab Guissa i Bab Bu Dżelud). Są to główne wejścia do medyny. W przeciwieństwie do innych średniowiecznych miast, Stary Fez nie rozprzestrzenił się  poza swoje dawne granice. Medyna pełna jest starych budynków, głównie o charakterze sakralnym. Niestety, do wielu z nich niemuzułmanie nie mają wstępu. Zwarta zabudowa sprawia, że z zewnątrz niewiele można zobaczyć. W 1981 roku medyna została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Do największych problemów miasta należy przeludnienie.

Uniwersytet w Fezie należy do najstarszych na świecie. Przez stulecia był jednym z najbardziej szacownych muzułmańskich ośrodków naukowych – sławą ustępuje jedynie uczelni Al-Azhar w Kairze. W budynku mieści się obecnie jedna z najpiękniejszych bibliotek w muzułmańskim świecie. Niestety, niedostępna dla niewiernych. Obok Starego Fezu leży mniej interesujący Nowy Fez, z żydowską dzielnicą (mellah) oraz pałacem królewskim (Dar el-Makhzen). Ville nouvelle – na południowy zachód od Nowego Fezu – została zbudowana w typowym francuskim stylu kolonialnym, z szerokimi, wysadzanymi drzewami bulwarami, licznymi placami i parkami. Tu skupiają się wszystkie droższe hotele, a także banki i dworzec kolejowy (dlatego chciał nie chciał musimy się tu pojawić).

Na dworcu w Fezie łapiemy taksówkę i po standardowych przepychankach słownych (30 dirhamów), wujek, szwagier czy tam ojciec naganiacza wiezie nas pod medynę.  Zanim weszliśmy przez bramę do medyny, w pierwszym z brzegu hotelu zostawiliśmy nasze plecaki stróżowi (20 dirhamów od mandżura). Postanowiliśmy, że w Fezie nie zabawimy zbyt długo, liźniemy tylko tę słynną medynę i uciekniemy do Marrakeszu. Wizytówka hostelu w Fezie (poniżej skan) wzięta w recepcji Souika w Szefszawan nie została wykorzystana (znajomi byli w tym hostelu rok później i przetestowali – hostel daje radę). Może się komuś przyda.

Funky Fez

Medyna  – labirynt strachu

 Wchodzimy do medyny. Gwar, plątanina wąskich, często ciemnych uliczek, masa ludzi. Duży tłok. Na tym etapie podróży zaczepianie i nagabywanie jest dla nas jeszcze sporą nowością. Odganiamy cwaniaków jak muchy. Ale i tak nie udaje nam się zgubić Mohameda – fałszywego przewodnika. Chłopak ma jakieś 15 lat. Mówi w siedmiu językach, troszkę po Polsku. Mimo, że ostrzegano nas przed fake guide’ami, ulegamy namowom dzieciaka, z zastrzeżeniem, że nie interesuje nas pięciogodzinna podróż po mieście i atakowanie sklepów jego znajomych, a tym bardziej nie jesteśmy zainteresowani kupnem skórzanej kurtki czy wypasionego dywanu (po grzyba nam dywan?). Zaznaczamy Mohamedowi, że mamy 2-3 godziny na przechadzkę po medynie. „Przewodnik” prowadzi nas przez uliczki, opowiada jakieś historyjki, ogólny fajny small talk o życiu. Wszędzie coś sprzedają, reperują, tną, szyją. Chodzenie tymi ciasnymi uliczkami momentami wzbudza przerażenie. Chwila nieuwagi w tym labiryncie grozi zgubieniem się. Z drugiej strony, właśnie takie błądzenie bez celu byłoby emocjonującą przygodą. Prawdziwy Fez odkrywa się podczas szwendania przez zatłoczone ulice i bazary, szperania wśród towarów lub obserwowania życia znad filiżanki herbaty. Niestety,… zadecydowaliśmy, że dziś nie wtapiamy się w ten sposób w tkankę miejską.

Mohamed przewodnik

Garbarnie, fałszywy przewodnik i policjanci

Garbarnia

Przewodnik prowadzi nas na wzgórze, z którego roztacza się widok na medynę. Przechodzimy przez ichniejszą wersję „naprawczego secondhandu” z wszelakimi rupieciami, począwszy od starych berberskich gitar, przez przedpotopowe telewizory, kończąc na pralkach sprzed 20 lat. Jakby dobrze poszukać, można by pewnie odnaleźć naszą wysłużoną Franię. Ogólnie „bida z nyndzą”. Wzgórze jak wzgórze – masa śmieci, syf kiła i mogiła. Ale całkiem ładne widoki. Robimy fotki i spadamy dalej. Zagłębiamy się w labirynt uliczek. Guide prowadzi, cały czas rozglądając się za policją – nie może oprowadzać turystów, a jego aktywność w przypadku złapania wyceniana jest przez stróżów prawa na jakieś 100 dirhamów. My się z nim umówiliśmy na 50, więc musiałby dopłacić do interesu. Przez te jego zwody i zabawy z policjantami, gdzieś nam na chwilę znika z oczu. Odnajdujemy się po paru minutach. Chłopak ma swoją czujkę w postaci kumpla, który krąży wokół nas jak elektron i od czasu do czasu ostrzega go przed mundurowymi. Licencjonowany przewodnik podobno bierze 100 dirhamów za 5h oprowadzania po medynie – bez krzywych akcji i stresów (warto rozważyć taką opcję). Zwiedzamy małą garbarnię, przechodzimy przez jakieś zakamarki i rusztowania. Nie śmierdzi tak jak nas straszono. Nie za bardzo można robić zdjęcia – workerzy się buntują i machają rękami. Chłopak zaprowadza nas też do największej i najstarszej garbarni (podobno). Można ją obserwować z okolicznych balkonów domów. Garbarnie najlepiej odwiedzać rano, kiedy doły są zalane barwnikami używanymi w procesie garbowania i farbowania. W międzyczasie jeszcze przyczepił się do nas Argentyńczyk z polskimi korzeniami. Odnieśliśmy wrażenie, że to jakiś kolejny naganiacz, albo pomocnik przewodnika – widać nasze mózgi były nastawione na wyłapywanie ściem. Po skończonej wycieczce, wręczamy dzieciakowi 50 dirhamów. Coś tam jeszcze mruczy, że naraził się na koszty (policja) i że powinniśmy mu zapłacić więcej. Ale tego niestety na jego nieszczęście nie robimy…

Farby

Pierwszy tadżin i kontakt z marokańskimi dworcami

Restauracja
Po odprawieniu Mohammeda zasiadamy na tarasie na 3 pietrze w restauracji (z widokiem na jedną z głównych bram) i zajadamy się tadżinem (tadżin, tażin, tajine – tradycyjne marokańskie danie składające się z duszonych warzyw i mięsa, najczęściej jagnięciny, z dodatkiem ciecierzycy lub kuskusu, przyprawione aromatycznymi przyprawami, przyp. red.).  Odbieramy nasze plecaki i niebawem czerwone taxi wiezie nas przez gigantyczny korek na dworzec CTM. Tutaj przeżywamy małe rozczarowanie, gdyż wszystkie bilety na nocny bus do Marrakeszu są wyprzedane – rada: wypada kupować dzień wcześniej!! Nie chcąc tracić dnia/nocy w Fezie, atakujemy jeszcze  dworzec kolejowy, z zamiarem złapania pociągu do tego czerwonego miasta (taxi 30 dh). Tu należy wspomnieć, że dworzec centralny w Fezie jest jak pałac. Wszystko lśni, czysto, schludnie, wspaniale oświetlone. W Polsce nie ma szans by tak odnowić dworce na zbliżające się EURO 2012 (dobra – już jesteśmy po Mistrzostwach Europy i spokojnie mogę już napisać, że nam się nie udało). Tutaj można konsumować posiłek prosto z podłogi – polerowana jest co kilkanaście minut przez dworcowe służby. W porównaniu do fezowej medyny to zupełnie inny świat. Budynek w nocy zamykany jest dla osób nie posiadających biletów – nie ma opcji by jakikolwiek „dziad peronowy” przemknął przez strażników przy wejściu. Pociąg do Marrakeszu mamy o 2.30, więc czekanie nie ma końca.

Pociągi w Maroku

Odjazd – 2.49 (z pozdrowieniami dla Krzysia PKP). Opóźnienie pociągu nastąpiło przez interwencję lokalnych SOKistów i strażników na sąsiednim peronie – złapali chłopaków chcących udać się w podróż na gapę. Nie obyło się bez szarpaniny i pałek. Ciekawe jak ci goście weszli na peron bez okazania biletu… Pociągi w Maroku standardem nie różnią się od naszych. Bilet 2 klasy kosztował na głowę 195 dh. Zajęliśmy wolny przedział i widząc, że nikt się do nas nie dosiada, rozciągnęliśmy elegancko nasze stare kości celu złapania kapki snu. Gdy zrobiło się jasno, mogliśmy w końcu pooglądać krajobrazy za oknem. Może krajobrazy to za dużo w tym wypadku powiedziane. Wysuszona ziemia i wszędobylskie pustkowie. Gdzieniegdzie pasące się czworonogi – chyba pasące się piachem i kamieniami.

Więcej zdjęć w galerii – tutaj.