Maroko – dzień 1b


Maroko – dzień 1 – 28.09.2011 r.

Maroko – pierwszy kontakt

Tak jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, dopływamy do nowego portu w Tangerze – Tanger Med i tam ma miejsce nasza pierwsza styczność z naganiaczami, taksówkarzami. Ale o tym za chwilę. Podróż przez Hiszpanię nie była zaplanowana. Tzn. mieliśmy pewne punkty na mapie, do których chcieliśmy dotrzeć, miejsca w głowie, które chcieliśmy zobaczyć. To samo dotyczyło Maroka. Zrobiliśmy wcześniej rozeznanie i mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie chcemy dotrzeć. Oczywiście ograniczał nas czas. Nasze „zwiedzanie”  pozostawiliśmy tzw. spontanowi (mniejszemu bądź większemu). Tak więc schodząc na ląd nie wiedzieliśmy jak to wszystko się potoczy.

Szefszawan

Gdy wyszliśmy na parking w porcie od razu podbiegł do nas taksówkarz. Tu trzeba dodać, że na promie większość pasażerów stanowili Marokańczycy, więc wychodzące dwie „blade twarze” z plecakami od razu rzucały się w oczy. Driver, widząc łakomy kąsek proponuje podwózkę do Tangeru za 30 Euro, a do Chefchaouen za 60 Euro. Nie dajemy się nabrać. Okazuje się, że za chwilę podstawią busa do Tangeru, zupełnie darmowego dla pasażerów promu. Nie pozostaje nam nic innego jak przejażdżka do tego miasta. W międzyczasie postanowiliśmy, że nie ma sensu zwiedzać Tangeru i obraliśmy za cel błękitne miasto. Wysiadając w Tangerze nacinamy się na słynnych marokańskich „pomocników od bagaży”. Wyjmują plecaki i służą wszelką „pomocą” – oczywiście chcą kasę. Jeden miszczu chce nas zawieźć na dworzec autobusowy za 2 Euro – wszystko byłoby uczciwe i piękne, tylko, że dworzec ten widać gołymi oczami – z buta jakieś 3 minuty marszu. Jesteśmy złymi klientami i nie korzystamy, oddalając się w kierunku dworca. Wchodząc na dworzec, łapią nas kolejni naganiacze tym razem od busów i praktycznie ciągną i wrzucają nas do autobusu, który odjeżdża w tym momencie do Chefchaouen. Nawet nie mieliśmy chwili spojrzeć na tablice rozkładu jazdy i dowiedzieć się co i jak. Ale jak się okazuję „wrzucili” nas do dobrego busa. Ciekawe tylko czy przepłaciliśmy za bilet… Kosztowało to nas w sumie 4,5 Euro. Pewnie lokalsi w kasach zapłacili 1 Euro, ale pewnie nigdy się nie dowiemy.

Szefszawan

Podróż autobusem do Chefchaouen

Pierwsze koty za płoty w styczności ze sprytem marokańskich cwaniaków. Jedziemy „wypasioną linią” Bone Voyage – coś jak nasze międzymiastowe dawne autosany/ogórki, tylko, że level niżej. Niezapomniany klimat, bo klimy to tam nie uraczyliśmy. Ale też nie nastawialiśmy się na luksusy. Okna pootwierane na przestrzał by się nie udusić. Jesteśmy jedynymi nielokalsami w autobusie. Przez te otwarte okna, pierwszy raz tak naprawdę czujemy „zapach Afryki”. Jest bardzo przyjemny, nie da się tego opisać słowami. Trochę słodki, trochę lawendowy, trochę piaskowy. Pachnie mieszanką przypraw, pustyni, gór i wypaloną od słońca czerwoną ziemią. Na każdym rondzie stoi policjant, gdzieniegdzie porozstawiane są kolczatki. Co chwila mijamy w ziemię wbite trzy marokańskie flagi. W połowie trasy mamy postój w mieście Tetouan – Pawełek wyskakuje rozprostować kości. Bus pokonuje pagórki i podjazdy jakby chciał wyzionąć ducha. Jedzie jakieś 30 km/h. Ledwo się toczy, pierdzi, coś w nim rzęzi. Śmiejemy się, że  pewnie jeszcze pojeździ na tej trasie kolejne 20 lat. Ciekawostką są dla nas przystanki na żądanie. Lokals, chcący wyskoczyć in the middle of nowhere, klaszcze w ręce i kierowca zatrzymuje się na takim pustkowiu/pustyni. Wjeżdżamy w górski krajobraz, pagórki są zielonkawe, porośnięte drzewkami oliwnymi.

Chefchaouen aka Szefszawan aka Szafszawan

Dobijamy do Szefszawan, miasta stosunkowo małego i zadbanego. Jak się później okazało „łatwego” jak na pierwszy kontakt z Marokiem. Nowy dworzec autobusowy jest zlokalizowany na południowy zachód od centrum (20 min spacerem), stary – jakieś 5-10 min od medyny (stara dzielnica arabskich miast). Tutaj od razu wyłapuje nas pewien naganiacz i chce nas zaprowadzić do hotelu. Byliśmy lekko podejrzliwi i sceptycznie nastawieni do jego usług. Jednak summa summarum po kilkuminutowej gadce podczas marszu do medyny, dajemy się namówić na zerknięcie na ten jego hotel. Warto było zaufać chłopakowi, gdyż nie mogliśmy trafić lepiej. Idealne miejsce na nocleg. Hotel Souika – „mekka” backpakersów (chyba opisywany w większości przewodników, z Lonely Planet na czele, przewijał się też na różnych blogach). Intuicja nas nie zawiodła.

Medyna, backpakersi, kif

Cała medyna jest pomalowana na 2 kolory: niebiesko i biało (ściany, schody, drzwi domów). Medyna naprawdę robi wrażenie!!! Samo miasto leży na zboczu pasma górskiego Rif. Tu w okolicach uprawia się roślinę Kif (połowa światowej produkcji haszyszu). Kolorowa zabudowa,  oraz uprawy Kifu przyciągają niezliczone ilości backpakersów z całego świata. Na pewno wzmianka o tym miejscu w przewodniku Lonely Planet  robi swoje. To wszystko składa się na to, że jest bardzo kolorowo. Nie tylko ze względu na kolor ścian i schodów. Płacimy 40 dirhamów za nocleg na dachu. Nie ma miejsca w boksach znajdujących się na dachu, więc pozostaje nam nocleg pod gołym niebem – sama przyjemność. Po szybkim odświeżeniu przychodzi czas na zwiedzanie kolorowej medyny. Okazuje się, że pierwsza styczność z marokańską medyną, nie przysparza nam większego problemu. Może ze względu na jej wielkość (a raczej „małość”), panujący tu luz i „europejskość”. Pomalowany chodnik oznacza w medynie ślepą ulicę. Kawiarnie otaczające plac stanowią znakomite miejsce, by usiąść i napić się słynnej miętowej herbaty (gorąco polecam – RE WE LA CJA). W knajpce na głównym placu spotykamy parę Polaków z Częstochowy, która kończy właśnie tripa po Maroku. Dostajemy kilka wskazówek na dalszą część wyprawy i idziemy posnuć się po medynie. Z niebywałą łatwością odnajdujemy drogę do naszego miejsca spoczynku. Zanim weszliśmy na dach, w holu hotelowym obejrzeliśmy jeszcze 2 połowę meczu BATE – Barca – 0-5, czyli to już druga manita Barcelony na naszym wyjeździe. Jak prawidłowość się utrzyma, to wracamy z potrójną koroną pod koniec maja do kraju.

Pogadanki na dachu


Wieczór i noc upływa nam na pogaduchach w oparach absurdu z wszelaką maścią ludków z całego świata. Dysponuję jedynym piwem w hotelu ;) – jeszcze zakupionym w Tarifie – mimo, że niewyobrażalnie ciepłe, opróżniamy je ze smakiem. Szczególnie przypada nam do gustu gadulczyk o piłce i podrożach z backpakersem ze Swansea. Na dachu przesiadują także panny z Kanady, USA, Japonii (będące w podróży od pół roku), kilkoro Niemców, Włoch kręcący co 5 minut batony, wykręcony stary Szkot – wizjoner i twórca psychodelicznych grafik (możliwe nawet, że znany na Wyspach, gdyż Walijczyk wspominał, że go kojarzy, gdy tamten się przedstawił – albo nam się tak wydawało). Po doczłapaniu się do naszych kokonów, patrząc na gwiaździste niebo, przy akompaniamencie bębnów z medyny, usypiamy zadowoleni z naszego pierwszego dnia spędzonego w Maroku. Tu należałoby jeszcze wspomnieć, że ludzie przebywający na dachu (a może i trzeba byłoby użyć słowa mieszkający, bo niektórzy serio zalegali w tym hotelu po kilka miesięcy) mięli bardzo dobry gust muzyczny – z laptopów leciały różne psyambientowe kawałki (m.in. Shpongle, Carbon Based Liveforms, Ott ….).

 

Więcej zdjęć w galerii oooo tutaj.