Maroko – dzień 10


Maroko – dzień 10 – 7.10.2011 r.

Ponownie Fez i targ z taksówkarzami

Tutaj zaczynają się „tańce” z taksówkarzami. Postanowiliśmy dojechać na lotnisko najtaniej jak się tylko da. Pograć na nosie tym przebiegłym lisom. Śmiechy mają obie strony targów. Oni chcą kosmiczne 200 dirhamów za kurs na lotnisko, my stwierdzamy, że posiadamy ostatnie 51 dirhamów i upieramy się, że chcemy za tyle dostać się na lotnisko (gra grą, ale też nie chcemy wymieniać w ostatnich godzinach pobytu w Maroku cennych Euro). Proponujemy naszym kolegom z Afryki małą Żołądkową Gorzką, jednak i to nie przynosi rezultatu. Są nieustępliwi. Ale nam też się specjalnie nie spieszy. Podobno rano odjeżdża bus na lotnisko za 20 dirhamów. Nie udaje się nam porozmawiać na osobności z taksówkarzem, gdyż taksówkowy naganiacz ciągle się wtrąca i przeszkadza – nie da się go obejść. Proponuje ostatecznie cenę 120 dirhamów. Jako że mamy czas i nigdzie nam się nie spieszy, ….czekamy (jak się okazuje najlepsza metoda). Odchodzimy położyć się na dworcowej podłodze. Po jakieś godzinie naganiacz znajduje nas w dworcowym budynku i twierdzi, że zawiezie nas za te 51 dirhamów wraz z innym klientem, który też udaje się na lotnisko. Gra gitara! Dopinamy swego. Wszyscy są szczęśliwi. Zamieniamy dworcową podłogę na niewygodną ławeczkę/krzesła w poczekali na lotnisku w Fezie. Niestety musimy się tak przemęczyć do 7 rano.

Góry

Skuteczność bramek na lotnisku

Niewyspani, pognieceni, powykrzywiani, nadajemy bagaże. Następnie przechodzimy przez lotniskową bramkę, która piszczy. Pan mundurowy ruchem ręki nakazuje iść i się nie zatrzymywać. Później, już w Bolonii, przekonamy się, co namierzyła bramka. Terrorystami nie zostaliśmy…. Na pokładzie samolotu tryliard dzieciaków, bobasów i innych kijanek, które dają koncert płaczu aż do samego lądowania w Europie.

Bolonia

Bolonia

Gdy wylądowaliśmy w Bolonii, postanawiamy zwiedzić miasto i napełnić brzuchy jakimś europejskim jedzeniem. W tym celu udajemy się z lotniska w kierunku centrum. Oczywiście pomijając lotniskowe autobusy za 6 Euro. Taka oszczędność zaowocowała niestety/stety bardzo długim spacerem. Ale dzięki temu trafiamy do wielkiego SuperMerkato, w którym robimy obfite zakupy. Fundujemy sobie śniadanie mistrzów na trawie obok marketu. Niestety przychodzą granatowe chmury i deszcz ukróca nasz posiłek. Centrum Bolonii zwiedzamy w rzęsistym deszczu. W czasie naszego pobytu w Bolonii odbywa się wyścig kolarski. Na jednym z placyków w centrum można zauważyć samochody większości liczących się ekip kolarskich. Na nieszczęście samych kolarzy nie widzimy. Ulewa przybiera na sile tak, że musimy schronić się w księgarni. A tam w dziale podróżniczym kilkanaście książek Waltera Bonattiego, Messnera czy Kaltenbrunner…. hmm. U nas z dostępnością takich książek jest trochę gorzej (mówimy o standardowej księgarni).

Bolonia

Lotnisko w Bolonii – nasz hotel

Miejski autobus dowozi nas pod lotnisko (w jego „bliskie pobliże”) za 1,2 Euro. Rozbijamy się w holu lotniska. Obok nas rozkłada się dziewczyna ze Skawiny – Kamila, wracająca z Portugalii. Noc przebiega nadzwyczaj dobrze. Zupełnie inny komfort niż na lotnisku w Fezie. Może to dlatego, że śpimy na karimatach, a nie na niewygodnych krzesełkach. Lot o poranku zmusza nas do bardzo wczesnego śniadania – tym razem na lotniskowej podłodze. Podczas kontroli bezpieczeństwa pani w mundurze robi dziwną minę patrząc na obraz w monitorze. Każe wyjąć scyzoryk i wyrzucić do kosza (a odprawę w Fezie przeszedł). Teraz jesteśmy gotowi do wejścia na pokład.

Góry

Kraków

Lądujemy w zimnym i ponurym Krakowie. Kolejka za 10 zł zawozi nas na dworzec główny i nie pozostaje nam nic innego jak kupić bilet do… Warszawy. I tak oto kończy się nasza podróż do Maroka.