Joy – recenzja, kino bez emocji


Jest taka szufladka z filmami o nazwie „do obejrzenia i zapomnienia”. I jest to najobszerniejsza szufladka w całej kinematografii. Bo drodzy czytelnicy, co może być gorszego od filmu, który nie wzbudza żadnych emocji? Nawet tych negatywnych. Joy takim filmem jest. I niech Was nie zwiedzie ocena filmu.

Recenzja filmu Joy

O takich bezpłciowych filmach pisze się najgorzej. Nie można pozachwycać się nad zdjęciami/scenariuszem/dialogami/grą aktorską itd., nie można nawet pohejtować albo obśmiać filmu, używając najróżniejszych epitetów i wyszukanych porównań. Można za to próbować wymyślić dziwną formę wpisu, np. list, dialog. Ale i tu jest ciężko. Niby mógłbym stworzyć dykteryjkę, jak to David O. Russell przychodzi do swojej etatowej aktorki i rzuca: „Hej, Jenn, mam pewien pomysł na film, będziesz grała główną rolę. Dorzucimy Bradleya, a może nawet dokoptujemy De Niro. Historia jest średnia, ale ciemny lud i tak kupi bilety. W końcu moje nazwisko coś znaczy, a wasz brand tym bardziej sprzeda wszystko. Nawet nijaką historię mopa. Może moje filmy nie są porywające, ale potrafię wyciskać z aktorów najlepszą grę i zapewniam nominację do najważniejszych nagród filmowych w USA. To co, wchodzisz na statek o nazwie Joy?”. Mógłbym to ciągnąć dalej…

Joy – krótko o fabule

#szybkokadrowo o Joy

Ps. Scena, kiedy Joy gra przed kamerami, sprzedając nieporadnie mopa, rozkręcając się ze zdania na zdanie, „zerżnięta” jest z Igrzysk śmierci (Katniss/Lawrence robiła to samo tylko lepiej – i nie z mopem).

Ps2. Też mnie naszło na wpis o tym filmie… A gdzie recenzja jednego z najlepszych filmów roku, czyli Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy? Ano pisze się…

Ps3. Jeszcze jedno skojarzenie. Mówi się, że Adele ciągle pisze/śpiewa jedną piosenkę. Ale co to są za piosenki! Mówi się, że Christoph Waltz od 2009 roku ciągle gra pułkownika Hansa Landę i jest już to karykaturalne (ok. może poza The Zero Theorem). Mam wrażenie, że O. Russell ciągle kręci ten sam film, który jest już nudny.

Ps4. W sumie to nie jest recezja, a po prostu opinia :)

Joy, reż. David O. Russell (2015)
Ocena: 6/10 (ze względu na miłość do Jennifer Lawrence zawyżona 5-tka)
Werdykt: Nie warto (warto tylko dla Lawrence)