Hiszpania – dzień 4


Hiszpania – dzień 4 – 26.09.2011 r.

Pobudka na plaży w Cullerze

Budzi mnie Pawełek i pyta: „Czy wiesz która godzina”? Spoglądam zaspany na niebo – gwiazdy, ciemno jak w…, więc spokojnie wzruszam ramionami. Okazuje się, że jest już grubo po 7.00 i zaczynają jeździć po plaży ciągniki, inne cuda równające i sprzątające plażę. Przeżywamy lekkie zdziwko „na ten ichniejszy timing słoneczny” i zawijamy się zaspani do auta. W końcu Hiszpania leży niżej niż Polska, w dodatku to już jesień. W ciągu 30 min robi się widno. Jeszcze tylko mała akcja z palmą i jedziemy w kierunku kolejnej miejscowości na naszym szlaku – Olivy. Mieścina ta wita nas niską zabudową, nie ma tutaj „kurortowych hoteli”. Bardzo ładna plaża namawia do chwili relaksu i kąpieli w morzu. Pawełek krzyczy „Costa Brava” i wskakuje do morza, jednocześnie gubiąc okulary. Dzień bez zguby byłby dniem straconym – kupno soczewek jest nieuniknione. Przy okazji w markecie robimy potężne jedzeniowe zakupy i lecimy z powrotem na plażę zrobić śniadanie mistrzów. Po drodze do Kartaginy mijamy Murcię – z okien samochodu widzimy stadion tej drużyny (kolejny na naszej drodze).

Plaża

Kierunek Kartagina

Po posiłku kierujemy się na słynną Kartaginę. Tutaj już doświadczeni przygodami „valenciowymi”, dokładnie zapamiętujemy lokalizację auta i bezstresowo zwiedzamy centrum miasta. Wjeżdżamy windą na widokowe wzgórze. W punkcie widokowym spotykamy oczywiście faceta z Polski. Oglądamy panoramę miasta, czyli port, góry, góry, góry. Schodzimy do portu, a tam już czeka na nas najstarsza łódź podwodna na świecie (1888 rok). Przechadzka po bardzo ładnej i zadbanej starówce kończy się bezproblemowym odnalezieniem auta.

Kartagina

Mazzaron

W okolicach Mazzaron mijamy fajne kamieniste wyspy wystające z wody. Mijamy masakryczną ilość szklarni (co oni tam chodują?). Zatrzymujemy się i nocujemy na campingu w Playa de Mazzaron.

Plaża

Odpoczywają tu głównie kasiaści Niemcy w swych camperach. Standardowo już robimy akcję „wieczorna plaża”. Chłodzimy piwa w mokrym piasku… i spływa na nas moc pomysłów uzdrawiania i ratowania świata. Między innymi wymyślamy miniaturowe turbiny rozstawione wzdłuż plaży, generujące prąd z fal – co miałoby dawać ludzkości nieskończoną energię (jakiś czas temu swoją drogą pewna spółka wpadła na pomysł pozyskiwania energii z fal, czyżby podsłuchiwali naszą mowę-trawę?). W kolejnych odsłonach naszych pomysłów, turbiny zamieniają się w sita – nawet nie w technologii nano, a atomtechnologii (wtf?). Ogólnie rzecz ujmując – miniaturyzacja wszelakiej materii. Gdy już dochodzimy do pomysłu łapania światła gwiezdnego postanawiamy odmaszerować do namiotu.

Więcej zdjęć w galerii.