Hiszpania – dzień 3


Hiszpania – dzień 3 – 25.09.2011 r.

Pożegnanie Barcelony

Tym razem obudziliśmy się wcześnie. Udało się nam nawet zdążyć na hostelowe śniadanie. Robimy check-out i ruszamy w kierunku lotniska po nasz przyszły środek transportu. Okazuje się, że dostajemy niebieską strzałę –  Peugeota 307, praktycznie nieśmiganą sztukę. Wypożyczaliśmy auto przez internet, w firmie Europcar. Gdy zrobi się to odpowiednio wcześnie, wychodzi niedrogo. My płaciliśmy ok. 450 zł za 4 dni. Szukaliśmy firmy, u której będziemy mogli oddać samochód w innej miejscowości. Pawełek prowadzi pewnie, ale trzeba też przyznać, że do pomocy ma super sprawnego nawigatora. Dojeżdżamy do Tarragony i tutaj robimy sobie dłuższy postój, z pierwszą kąpielą w hiszpańskim morzu. Dalej droga prowadzi różnymi serpentynami w dół wybrzeża. Z lewej błękitne morze, z prawej pagórki, góry i liczne kopalnie odkrywkowe.

Auto

Valencia

Valencia wita nas stadionem Mestalla – starą bryłą praktycznie w samym centrum miasta. To już kolejny stadion na naszej drodze. Poszukiwania wolnego miejsca parkingowego w ścisłym centrum zajmują nam 20 min – poddajemy się. Zostawiamy auto obok rozległego parku usytuowanego w wyschniętym korycie rzeki – ciekawa przeróbka urbanistyczna. Z uśmiechem na twarzy kierujemy się w stronę starego miasta, bo oczywiście nic nie wskazywało na jakiekolwiek zbliżające się problemy. Klasyczne zwiedzanie starówki – bramy, wieże, uliczki – kończy się obiadem w restauracji Tasca. Dokonujemy odwrotu i …. się zaczęło. Gdzie jest nasz samochód? Trochę nam zajęło zanim go zlokalizowaliśmy. Błądzenie wzdłuż parku w poszukiwaniu naszej strzały spowodowało, że opuszczamy Valencię w kompletnych ciemnościach.

Mestalla

Jazda w ciemnościach

Po różnych nawrotach, zwrotach i wywrotach wjeżdżamy na dobrą drogę w kierunku wybrzeża. Nawet z tak świetnym pilotem jak ja (he he he), wyjazd z Valencii okazał się problemowy. Zganiamy to na późną porę i nerwy w związku ze zgubieniem samochodu, a także na dziwne hiszpańskie kierunkowskazy;) Musimy znaleźć jakieś miejsce do kimania. Przejeżdżamy przez jakieś fabryczne miejscowości/dzielnice, Silla, Sueza i docieramy do Cullery. Jest w okolicach północy. Miejscowość wygląda na mocno turystyczną. Znajduje się tu masa ekskluzywnych hoteli wzdłuż wybrzeża – kurort. Mieścina jest czysta i spokojna. O tej godzinie praktycznie wymarła. Widać gdzieniegdzie nielicznych niedobitków nocnych wojaży i patrole policji. Nie udaje nam się rozbić wzdłuż rzeczki wpadającej do morza, nie udaje się także wbić na camping Santa Marta (zamknięty).

Nocleg na plaży

Decydujemy się na spanie na plaży, co jakoś specjalnie nas nie martwi. Minusem tego pomysłu jest informacja, jaką wyczytujemy z tabliczki znajdującej się przy jednym z wejść na plażę. „Sprzątamy plaże między 5 a 7 rano” – widnieje czarno na białym, a raczej biało na niebieskim. Mówi się trudno, … najwyżej obudzi nas kombajn przeczesujący piasek. Nastawiamy budziki na 5 rano i możemy oddać się szeroko pojętemu relaksowi, z pięknym widokiem na rozświetloną zatokę oraz gwiaździste niebo z formującymi się chmurami w kształty kontynentów – serio!!! Przed 2.00 zawijamy się w kokony i uderzamy w kimono. Budzik obudził mnie o 5, ale gdy „wysunąłem” oczy z kaptura śpiwora i zobaczyłem kompletną ciemność, wyłączyłem komórkę i ponownie wskoczyłem w objęcia Morfeusza, sądząc, że zaszła jakaś gigantyczna pomyłka. Ciąg dalszy opowieści znajduje się w opisie dnia 4.

Więcej zdjęć z podróży po Hiszpanii znajduje się pod tym linkiem.