Hiszpania – dzień 2


Hiszpania – dzień 2 – 24.09.2011 r.

Zwiedzanie Barcelony (Park Guell, CD Europa)

Gdy podnosimy powieki w okolicach 10 rano, naszych współlokatorów już nie było. Tylko śpiochy z Polski przedkładają sen nad zwiedzanie Barcelony od wczesnych godzin porannych. Po ogoleniu 2-tygodniowego zarostu Taliba, byłem gotowy pokazać się na hiszpańskiej ulicy. Przyszedł czas na zobaczenie jakiś konkretnych zabytków. Na pierwszy ogień idzie Park Guell. Oczywiście pogoda nas nie rozpieszcza. W deszczu oglądamy cuda Gaudiego. Po raz kolejny polskie kobitki dają się we znaki – nie potrafią sfotografować się przy jaszczurce Gaudiego. W drodze powrotnej trafiamy na stadion drużyny CD Europa (3 liga) i oglądamy 2 połowę meczu juniorów (2-1 dla gospodarzy), tym samym zaliczamy już 2 stadion na naszej drodze (a będzie ich jeszcze kilka – tak wyszło).

Stadion Olimpijski

Sagrada Familia, Wioska Olimpijska, Pałac Sant Jordi

Kolejnym punktem przystankowym naszej wycieczki, po widowisku urządzonym przez katalońskich młokosów jest Sagrada Familia, niedokończone dzieło mistrza Gaudiego. Szczerze mówiąc myślałem, że będzie robić większe wrażenie. Nie wiem, może to przez pogodę, może to przez okalające rusztowania i dźwigi. Urządzamy półgodzinny przystanek na ławce naprzeciw Sagrady i obserwujemy turystów próbujących pozować w deszczu na tle zabytku. Transportujemy się na druga stronę miasta i mijamy Wioskę Olimpijską, Pałac Sant Jordi, Fundację Joan Miro i schodzimy do budynku Parlamentu. Ogarniamy szamkę w przydrożnej knajpce, gdzie pewien Pakistańczyk nie mówi po angielsku, ale nie przeszkadza to nam we wspólnej konwersacji. On do nas po swojemu, my do niego po Polsku i jakoś się dogadujemy. Niestety nie udaje się nam wypożyczyć rowerów – nie posiadamy barcelońskiej karty rowerowej.

Sagrada Familia

Camp Nou: Barcelona – Atletico, popis Messi’ego

Camp Nou

Czas na mecz. Spotykamy się w metrze z Bartkiem, a dalej pod bramą nr 5 stadionu z Agatą i Adamem. Sprawdzenie biletów odbywa się sprawnie i zasiadamy na katalońskim molochu. 21.58 hymn Barcelony i można zacząć spektakl. Po kolei: Villa, samobój….dalej deszcz i Messi. Na łuku nie ma dachu, a na dodatek kurtki przeciwdeszczowe zostawiliśmy w hotelu (mądre głowy). Mocno pada. Część ludzi opuszcza swoje miejsca i chowa się pod schodami. Pawełek chowa się w klatce na 2 minuty. 3-0 do przerwy.

Camp Nou

Podczas przerwy kolejka do piwa i grilla rozrasta się do gigantycznych rozmiarów. Ale nie dziwne, skoro dwóch Hiszpanów najpierw nakłada sobie przez 5 minut ketchup do hamburgera, nic sobie nie robiąc z czekających za nimi kibiców. Później  pani sprzedająca robi jakieś 15 sztuk expresso i oczekiwanie na  piwo wydłuża się do 10 minut – 3,5 Euro i kwaśny, bezalkoholowy sikacz ląduje w naszych rękach. Na szczęście w drugiej połowie tylko mży. Co nie zmienia faktu, że jesteśmy konkretnie przemoczeni.  Teraz Barcelona atakuję na bramkę przy naszym sektorze. Messi strzela dwukrotnie i mamy manitę. By nie przynudzać i dość zwięźle: Messi na tym stadionie jest Bogiem, widać wyraźnie, co znaczy dla tych ludzi. Po każdej bramce Messiego rozlega się na Camp Nou głośne skandowanie „Messi, Messi, Messi” wraz z pokłonami kilkudziesięciu tysięcy fanów. Żaden inny piłkarz nie może liczyć na taki doping. Kończy się pogromem 5-0. Atletico miało może 2 sytuacje. Jak na mój debiut na meczu Barcelony, całkiem nieźle, rzekłbym, że lepiej nie mogłem trafić. Współtowarzysze również nie narzekali. Rozstajemy się z Agatą i Adamem pod stadionem, Bartosz po 30 minutach  marszu łapie taksówkę, a my już tradycyjnie spacerem dochodzimy do hostelu. Dziś 2 w nocy – bardzo dobry wynik.

Więcej zdjęć z Barcelony znajduje się tutaj.