Hiszpania – dzień 1


Hiszpania – dzień 1 – 23.09.2011 r.

Katowice – Barcelona

Delikatne opóźnienie naszego super autobusu nie spowodowało jakiś większych reperkusji. Meldujemy się nad ranem w Katowicach. Kilku napotkanych lokalsów nie ma pojęcia skąd odjeżdżają busy do Pyrzowic. Udaje się nam jednak trafić na przystanek i pędzimy na lotnisko (bilet – 23 zł). Test wagowy naszych plecaków wypada całkiem pomyślnie. Pawełek – 15,4 kg, ja – 12,5 kg (+ mały plecak). Dowiadujemy się od przesympatycznej pani z LOT-u, że nasze bagaże mogą ważyć 32 kg – szok!! (bilety linii WizzAir). Jeszcze szybko rzucamy okiem na Tvn24 w lotniskowym telewizorze na hali głównej, by zobaczyć wystąpienie premiera Tuska (w końcu zbliżają się wybory, a my przez 2 tygodnie wypadniemy z kampanii o debatach :P) Teraz z czystym sumieniem możemy udać się na odprawę. Wart odnotowania jest fakt, że kobitki z Polski robią niezłą borutę ustawiając ludzi w kolejce boardingowej. Eeeeeh kochany pamiętniczku…

Jeszcze w kolejce do samolotu dyskutujemy o zbliżającym się meczu Barcelona – Atletico. Snujemy wizje-iluzję meczu, jak się potoczy i kto strzeli bramki. Oczywiście to tylko takie głupie gadanie i gdybanie. Wiadomo, że życie jak zwykle wszystko zweryfikuje. Czytając to, (a nawet gdy będę to wklepywał do komputera) i wrzucając do sieci, będziemy już znać wynik spotkania z Atletico. Ostatni mecz tych drużyn oglądaliśmy będąc w Krynicy. Wtedy Barca przegrała bodajże 1-2. Oby tym razem było inaczej.

Pierwszy kontakt ze złodziejami

Kapitan samolotu twierdzi, że w Barcelonie jest już zima – śmiertelnie poważnym głosem wspomina coś o 23 stopniach. Niebanalny humor kapitana udziela się również nam (pozdrowienia dla internetowej akcji„zimo wypierdalaj”). Barcelona wita nas bardzo ładną pogodą. Zima w pełni, jakieś 30 stopni w cieniu. Pilot chyba nie widział prawdziwej zimy (albo naszego tegorocznego lata :P) Z lotniska El Prat bus do centrum kosztuje 5,3 Euro. Na Plaza de Catalunya doświadczamy pierwszego kontaktu ze słynnymi barcelońskimi złodziejami. Koleś na naszych oczach przez minutę czaił się na torbę jednej z czterech Brytyjek, po czym wysunął rękę i chwycił obiekt zainteresowania. Moja interwencja była zbędna, gdyż sama poszkodowana zmiarkowała się i wymierzyła bandycie  plaskacza w policzek używając do tego czapki z daszkiem. Zaliczamy kilka przesiadek w metrze, włącznie z kontrolą biletów i po małej wspinaczce pod górę ze stacji metra, meldujemy się w hostelu. Miał być największą norą w całej Barcelonie, a okazał się całkiem znośny. Całkiem możliwe, że mamy niewygórowane standardy.

2-dniowy bilet na metro 11 Euro, noc w hotelu 19 Euro.

Barcelona z lotu ptaka

Camp Nou po raz pierwszy

Ustawiamy się z kolegą Bartoszem, który przypadkiem również jest w stolicy Katalonii i jedziemy po bilety na Camp Nou. Kupujemy 5 biletów na łuku – kwota – 73 Euro – zależna od przeciwnika i miejsca. A 5 sztuk dlatego, że oprócz Bartka, w sobotę ma pojawić się znajoma parka z Piotrkowa (pozdrowienia dla Agaty i Adama, jeśli to czytacie). W myśl zasady – skoro nie możemy spotkać się w Polsce, spotkajmy się zagranicą. Udajemy się do Botiga Barca. A co tam się dzieje to przechodzi wszelkie wyobrażenia – istne szaleństwo. Ludzie się fotografują z manekinami, koszulkami, piłkami. Można kupić krawaty Barcy za 40 Euro, koszulki, kubki i inne pierdoły, jakie tylko sobie człowiek wymarzy. Ale nie ma się czemu dziwić. W końcu stadion Barcelony jest największą atrakcją turystyczna miasta, większą niż Sagrada Familia czy inne zabytki.

Botiga

La Merce, La Rambla

Nigdzie nam się nie spieszy, więc spacerem przechodzimy do placu Espada de Catalunya i dalej leniwie zwiedzamy sobie miasto. Tak się złożyło, że akurat przypadkiem w Barcelonie odbywa się festiwal kulturalny La Merce. Lepiej nie mogliśmy trafić. Natrafiamy na wszelakie eventy uliczne, performance, koncerty etc. Kierujemy się w stronę morza. W bocznej uliczce La Rambli bębniarze rozkręcają show, na placu Garibaldiego trafiamy na koncerty (trochę jak u nas na Juwenaliach). Na deptaku przy plaży spotykamy Gambijczyka (od dziś oczywiście kibicujemy Gambii). Wymiana spojrzeń, standardowe pytania w stylu: jak się masz, skąd jesteś, jak żyć…

La Merce

Chillout w Barcelonie

Dalej to już odwiedziny supermarketu, a później klatki w pewnej barcelońskiej kamienicy i przystanek na ławce w centrum miasta z widokiem na port. Powrót na La Ramble i oczekiwanie na spóźnionego Bartosza. Pan policjant stanowczo upiera się, że nie możemy w centrum Barcelony siedzieć na chodniku i nakazuje wstać. Wykonujemy rozkaz i odmaszerowujemy już z Bartoszem na wybrzeże powdychać trochę jodu i zaznać nadmorskiej bryzy ;-) Policjanci są tutaj mocno nieczuli na imprezujących obywateli w miejscach publicznych. Totalna znieczulica. Ludzie kręcą blanty na skuterach, młodzież pije na plaży, w parku, na ulicy. Policjanci w ogóle nie zwracają uwagi na te imprezowe aktywności ludzi. Tu należy pozdrowić chyba nasze kochane pod tym względem państwo. Po wielogodzinnym i przesympatycznym szwędaniu się po Barcelonie, w końcu docieramy na plażę. Tam lokalsi rboią naszego kolegę w bambuko i sprzedają mu sześciopak piwa, z jedną puszką coli (piwa wyjęte z kosza na śmieci – pełna konspira). Powrót do hostelu to niekończąca się tułaczka po ulicach Barcelony. Pomagają nam mapy znajdujące się na stacjach metra. Piękny powrót po ciężkich bojach o 4 rano (Brzu pewnie cisną się na usta słowa: „brawo panowie” – oczywiście pozdrawiamy). Padamy na twarz.

Więcej zdjęć z Barcelony znajdziecie tutaj.