Hiszpania – dzień 0


Hiszpania – dzień 0 – 22.09.2011 r.

Pomysł

Pomysł podróży do Maroka przez Hiszpanię narodził się jakoś w wakacje 2011 roku. Siedzieliśmy (w liczbie osób 2 – Pawełek i ja) na kanapie i dyskutowaliśmy, gdzie tu się wybrać na wakacje.  Różnego rodzaju choroby naszych ciał i ducha wykluczyły pewne kierunki i aktywności. Jak wiadomo – reklama dźwignią handlu – tutaj też odegrała pewną rolę. Był to plakat wiszący w metrze, reklamujący Maroko. Przeprowadzona burza mózgów, szybki research w internetach  i …. postanowione – jedziemy do Maroka w celu zdobycia Toubkal’a – najwyższej góry Atlasu Wysokiego i w ogóle Północnej Afryki. A że bilety do tego kraju były drogie/nie pasowały terminy/etc. wymyśliliśmy, że dostaniemy się do Afryki od strony Hiszpanii. Dalsza część rozumowania jest już stosunkowo logiczna. Skoro Hiszpania, to wiadomo Barcelona. Skoro Barcelona, to mecz Barcy. Tak dopasowaliśmy terminy, by te zahaczyły o mecz katalońskiej drużyny u siebie. Zarys podróży wizualizował się w głowach. A posiadówka na kanapie przerodziła się w kilkunastodniową tułaczkę po południu Hiszpanii i Maroku. Ten i następne wpisy są próbą spisania i zarchiwizowania pewnych informacji, gdzie byliśmy i co przeżyliśmy. A jeśli komuś wybierającemu się w te rejony świata, wypociny te przyniosą jakieś przydatne informacje…  :)

Warszawa – Katowice

Na początku musimy jakoś dostać się do Hiszpanii. Pierwszy odcinek podróży przypada na trasę  Warszawa – Katowice. Wcześniej zakupione bilety w Polskim Busie  (35 zł) pozwalają w dość komfortowych warunkach dostać się na lotnisko w Pyrzowicach. Ale od początku…

W bardzo dobrych nastrojach, z mandżurami na plecach, udajemy się na Metro Wilanowska – jedno z kilku miejsc startowych tego przewoźnika w stolicy.  Na przystanku postanawiamy jeszcze szybko przejrzeć nasze pakunki i zweryfikować przydatność niektórych rzeczy. Pawełek oddaje odprowadzającemu nas Wąsiowi kilka niepotrzebnych tobołów i możemy wsiadać do czerwonego busa. Pani pilot prosi o zapięcie pasów oraz groźnie ostrzega, że czujka dymu w WC wychwyci każdą próbę złamania zakazu palenia na pokładzie. Dalej informuje pasażerów, że w Katowicach znajdziemy się o 6.10 czasu lokalnego, a temperatura asfaltu wynosi 10 stopni. Nie ma jak dokładne informowanie pasażerów.

Pawełek narzeka na jednominutowe opóźnienie, ale po wystartowaniu z dworca południowego, pojawia się uśmiech na jego twarzy (tu należą się podziękowania dla Paczkosia i Dworka). Ja próbuję zostać podróżniczym Wojtkiem Cejrowskim czy inną Beatą Pawlikowską i zanotować w dzienniczku jakieś pierdoły, by móc później cokolwiek wrzucić na stronę (mniej więcej to co właśnie czytacie). Ten cały opis wyprawy jest tylko dowodem na to, że była to marna próba ;-) Ostatni rzut oka na rozświetlone miasto nocą i uderzamy w kimono. „To pewnie ostatnia tak długa notatka, ponieważ później pewnie nie będzie mi się chciało uzupełniać „dziennika podróży”, więc następny wpis dopiero z lotniska z Bolonii…”