Dwa światy, czyli życie pełne kontrastów


Dwa światy. Dwa światy tu, dwa światy tam. Życie pełne kontrastów. Obserwacje bez puenty.
Zdjęcia wykonane podczas wypadu na rowery. Canon 50 mm/1.4.

Dwa światy: Podróż

Dykteryjka podróżna. Czekam sobie na busa do Giżycka na dworcu autobusowym na Pradze. Obserwuję podróżnych. Ta bez biletu nie ogarnia rozkładu. Tamten rzuca kurwami przez telefon do swojej dziewczyny. Jeszcze inna – traperka z plecakiem, udająca się na nocny marsz, przeciorkę do Ełku. Podjeżdża autobus w kierunku Małkinii. Wchodzi Janusz z listewką długości dwóch metrów. Za nim wbija typ z obudową do komputera w bazarowej torbie. Za chwilę pojawia się mój Gigabus do Giżycka. Pewien ziomek chce wejść z metrowych dronem do środka. Kierowca macha ręką i twierdzi, że ten przedmiot zagraża pasażerom. „Nie można wnosić metalowych przedmiotów do środka” – twierdzi. Typ odpowiada, że to aluminium i krzywdy nikomu nie zrobi. Kierowca odpowiada, że „aluminium też metal” i karze zapakować drona do bagażnika. „Panie, to sprzęt za 8 tysięcy, będę focił wesele. Jak mi pan uszkodzi sprzęt, to co ja zrobię?”. Driver wzrusza ramionami i mówi: „busy są ubezpieczone”. Ostatecznie dronowa ośmiornica ląduje w bagażniku. Jedziemy.
Ps. W bujającym busie, po nieprzespanej nocy, włączenie filmu Restless, nie było dobrym pomysłem.

Mazury, Upałty

Dwa światy: Metro

Wracam sobie w piątkowy wieczór z Mokotowa na swoje śmieci. Metro. Wbijam na tył wagonu, siadam. W słuchawkach połamane rytmy, w ręku Terry Pratchett. Obok mnie siedzą trzy laski jadące do centrum. Okolice 30-tki, singielki – jak wynika z przeciskającej się przez słuchawki rozmowy. Jadą ewidentnie na melanż. Wypindżone, wylansowane, wszędzie świecidełka. Na przeciwko siedzi parka jadąca w góry. Zaręczeni. Na stacji Pole Mokotowskie dosiada się do nich druga para traperów. Cała czwórka z plecakami, przyodziana w softschelle, buty górskie i spodnie trekkingowe. Po drugiej stronie szpilki i miniówki. Laski rzucają dziwne spojrzenia na obie pary. Pewnie nigdy nie widziały karimaty przytroczonej do plecaka. Więcej, pewnie nigdy nie miały na plecach takiego mandżura. Prawie słyszę myśli: „jak te panny mogły założyć takie buty” (chociaż takie myśli mogły również pojawić się u czwórki górołazów patrząc na 12-centymetrowe hajhilsy hehe). Przeciwna strona ma w dupie kukuryny siedzące obok mnie. Są podekscytowani, że jadą w góry, szczęśliwi. Nie w głowie im teraz melanż w klubie czy schodki nad Wisłą. Parki wysiadają w centrum (i udaje się na Dworzec Centralny – przyp. zureklukasz.com), trzy laski wysiadają na Świętokrzyskiej. Obie grupy wyglądają na zadowolonych z życia. I o to chodzi, i o to chodzi.
Ps. Pomimo, że imprezowanie nie jest mi obce (choć może niekoniecznie szpilkowo-mazowieckie), to w tej konkretnej sytuacji zazdrościłem osobnikom jadącym w góry.

Mazury, Upałty

Dwa światy: Mazury

Upałty, wiocha na Mazurach, 10 km od Giżycka. Drewniany domek nad jeziorem to nasza baza wypadowa pod rowerowe trasy. W promieniu kilometra znajdują się może dwa zabudowania. Jeden z wielu krańców Polski.
Chillout. Krowy w dzień pasają się na działce po prawej stronie. W nocy atakują jezioro z lewej strony „naszej posesji”. Zwierzęta również muszą jakoś uzupełniać płyny. My wieczorami przecież pijemy przy grillu. Rozmowy o północy z krowami na pomoście brzmią mniej więcej tak:
– „Muuuuuuu, muuuuuuuuuuuuuu”.
– „Muu, muuuuuuuu, muuuuuu”.
Się dogadujemy muuuuuuucząc… Drewna strzelają w temperaturze ogniska.

Mazury, Upałty
Poranki są najlepsze. Cisza, spokój. Okoliczne drzewa szumią popychane wiatrem. Huśtawka lekko skrzypi. Nic się nie dzieje. Trochę jak przydługawe, statyczne kadry ze starych westernów. Tylko, że tam dochodzi w końcu do akcji, strzelaniny. Tutaj słońce tylko muska taflę jeziora. W oddali pieje kura. Żyć, nie umierać. Jeszcze przed śniadaniem kumpel z pomostu zarzuca wędkę. I tak nic nie złapie, ale frajdy mu nikt nie odbierze.

Mazury, Upałty
Przemierzając mazurskie wioski, mijając lokalsów bez przyszłości, z siodełka rowerowego oglądamy tę mityczną Polskę w ruinie. Ok. Polska B (a może i C) nie jest w najwybitniejszej formie. Tylko, że to akurat kompletny koniec świata, wieś wsi. W mniejszych bądź większych miejscowościach turystycznych można już nadziać się na bardzo dobrze zorganizowane i piękne miejsca przygotowane pod wypoczynek (czy to rozbicie namiotowe czy jachtowe). Kraina stworzona przez Matkę Naturę dla turystów. Raj. W przeciwieństwie do tej boskiej, mazurskiej, wiecznej sielanki jest Warszawa. Miasto szybkości, pędu za kasą i lansem. Permanentny szum. Wiem, że za chwilę trzeba będzie wracać. Zresztą i tak bym zatęsknił. Dobrze, że mamy w Polsce takie miejsce jak Warmia i Mazury…
Ps. Obudziłem się z ćmą w uchu. Piękna sprawa.

Mazury, Upałty