Boyhood – recenzja najlepszego filmu roku 2014


Swego czasu (w okresie premiery Boyhood) Ethan Hawke został zapytany przez Jimmy’ego Fallona, jak to się stało, że nikt nie wiedział o tym imponującym przedsięwzięciu, że dopiero teraz  jest o filmie głośno? Hawke z rozbrajającą szczerością odpowiedział: Bo nikt nie pytał. A nawet gdyby ktokolwiek zapytał o ten film, to i tak by nie uwierzył słysząc, że kręciliśmy przez kilka dni w roku przez ponad dekadę. Dodał też, że żaden agent aktora nie zgodziłby się na podpisanie tak długiego kontraktu.

Boyhood – recenzja najlepszego filmu roku 2014

Boyhood przedstawia 12 lat życia Masona (Ellar Coltrane) i jego rodziny: siostry Samanthy (Lorelai Linklater), mamy Olivii (Patricia Arquette) i Masona Sr. (Ethan Hawke). Głównego bohatera (chociaż tak naprawdę cała rodzina jest głównym bohaterem) poznajemy, gdy ma 6 lat i obserwujemy okres jego dorastania aż do momentu rozpoczęcia nauki na studiach. Reżyser śledzi dorastające dzieci, zawirowania rodzinne, obserwuje drobne momenty życia i przemijające mody. Niby nic specjalnego, nic nowego, nic szokującego. Dokumentacja, zero fabuły. Ale właśnie to jest siłą filmu – magia życia. Nie wybuchy i pościgi, a dialogi, życie zwykłego, przeciętnego człowieka. Tak się rodzą filmy magiczne, kultowe, epickie (każdy nazywa je inaczej). Wbrew pozorom nie ma takich filmów zbyt wiele, takie obrazy zdarzają się raz na kilka lat. Było Lost in Translation, Garden State, Into The Wild, czy Cloud Atlas. Zresztą to tylko moje subiektywne tytuły należące do szufladki z napisem „magiczne”. Każdy ma przecież swoje. No i nie każdy ma tak nazwaną szufladę.

Boyhood

Za całym przedsięwzięciem stoi Richard Linklater. To jego pomysł kręcenia filmu przez 12 lat po kilka dni w roku przeobraził się w to filmowe arcydzieło. Zdjęcia do Boyhood trwały raptem 39 dni. Ale oprócz wizji i pomysłu Linklatera, potrzeba było też zaufanej ekipy. Sam projekt nie dość, że niesamowicie ambitny to w dodatku mocno ryzykowny (z wielu oczywistych względów – choroby, śmierć, inne wypadki losowe, różne koleje życia poszczególnych aktorów). Żaden z aktorów nie zrezygnował, wszyscy dojrzewali wraz ze swoimi bohaterami przez te 12 lat. Wytrwałość wszystkich zaowocowała filmem nominowanym do Oscara za najlepszy film.

Boyhood

Linklater w wywiadach wspominał, że inspirował się osobistymi przeżyciami, czerpał z własnych doświadczeń (separacja rodziców, wychowanie przez matkę naukowca). W dodatku umieścił w projekcie swoją dorastającą córkę (Lorelei Linklater w roli siostry Masona). Podobno od Coltrane’a przyswajał poszczególne scenki z jego własnego życia. W końcu, w przypadku śmierci reżysera, film miał dokończyć jego przyjaciel Ethan Hawke.

Już jego wcześniejszy długookresowy projekt, a mianowicie tryptyk miłości Jessego (Ethan Hawke) i Celine (Julie Delpy): Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, ocierał się o coś ponadczasowego. Linklater kręcił swoich bohaterów raz na dekadę – zdarzenia rozgrywały się na przestrzeni kilkudziesięciu lat (1995, 2004 i 2013 rok). W Boyhood reżyser idzie o krok dalej – rokrocznie podgląda Masona i jego rodzinę, razem z nim rośniemy, jeździmy na rowerze, gramy na konsoli, czytamy Harry’ego Pottera, przeżywamy szkolne zauroczenia i zajawkę na punkcie fotografii.

Boyhood

Scenariusz do linklaterowskiego opus magnum, poza początkowym zarysem, pisany był na bieżąco. Widać to w niektórych scenach/latach – dostosowywany był do zastanej rzeczywistości (start Obamy w wyborach prezydenckich, fascynacja konsolą Xbox, wspomniany wcześniej szał dzieciaków na przygody czarodzieja z Hoghwartu). Przez te 12 lat razem z bohaterami możemy przypomnieć sobie stare hity muzyczne, zmieniające się fryzury. Na ekranie widzimy starzejących się aktorów wraz z pojawiającymi się kolejnymi nowinkami technicznymi – wszystko to przy akompaniamencie przebojów z danych lat.

Nie ma w Boyhoodzie wyraźnej fabuły. To zbiór banalnych scen z życia rodziny, jednych ważnych, inny kompletnie przeciętnych, błahych. Proza życia uwieczniona na trzech godzinach taśmy filmowej. Coltrane i Linklater dorastają na naszych oczach, z minuty na minutę starzeją się Hawke i Arquette. Nie ma tutaj przełomowych momentów czy punktu kulminacyjnego. Nie ma nawet zakończenia. Ludzie podejmują decyzje, borykają się z konsekwencjami, rozwiązują problemy. Nie poucza, subtelnie skleja poszczególne momenty i płynie z opowieścią przez kolejne lata. Wiadomym jest, że ten 12-letni eksperyment wysuwa się jako temat przewodni każdej rozmowy o tym filmie. Jest to warte podkreślenia, ale też mocno krzywdzące, gdyż nie jest to największą siłą obrazu. Bo Boyhood to emocjonalna bomba. Widz trochę jak w zwierciadle patrzy na swoje życie, dopasowuje poszczególne fragmenty do swoich przeżyć i przez pryzmat własnych doświadczeń pochłania historię rodziny Masona. Linklater żonglując odpowiednimi schematami, podglądając i łącząc precyzyjnie dobrane sytuacje prześlizguje się razem z nami przez nasze życie (przemowa nauczyciela, sikanie na ognisko, rozmowę ojca z synem na temat Gwiezdnych wojen).

Boyhood

„Po prostu myślałam, że będzie tego więcej.” – te mocne słowa wypowiada Patricia Arquette, gdy jej dziecko opuszcza dom rodzinny i rusza na studia. Krótkie i trafne podsumowanie jej wyobrażenia życia i bolesna konfrontacja z założeniami jej młodości. Życie to sinusoida, ciąg przeplatających się sukcesów i porażek, wzlotów i upadków, pięknych chwil skonfrontowanych z przeskokami przez toczące się kłody. Życie to pewien cykl, pasmo podobnych, powtarzalnych epizodów/zdarzeń. Wszyscy przeżywamy je podobnie. Wszystkich dotykają zawody miłosne, drobne zwycięstwa, wszyscy mamy plany, marzenia, nadzieje. Siła Linklatera polega na tym, że wydobywa te wszystkie niuanse życia przez pokazywanie przeciętnych, zwykłych zdarzeń. Uniwersalność filmu to jego największy atut. Historia znów zatacza koło, Mason dojrzewa, zostawia mamę, niebawem sam założy rodzinę. Granej przez Arquette Olivii, pomimo wielu rozczarowań w życiu, przeciwności losu, złych decyzji, jednak udaje się wychować swoje dzieci. Jesteśmy dzieckiem, rodzicem i na końcu dziadkiem. Czas przemija. Circle of life.

Ale takich mocnych punktów jest w filmie więcej. Oprócz przejmującego monologu Arquette, mamy życiową rozmowę zakochanych przy nachosach, czy rozmowę taty z synem o sensie życia. Mason na pytanie o co w tym wszystkim chodzi, dostaje odpowiedź taty: „Nie mam pojęcia. Tak jak każdy inny. Po prostu płyniemy z prądem.”

Boyhood

Boyhood to film prosty, a zarazem niezwykły, wielki. Śmiem twierdzić, że ponadczasowy. Pewnie jeszcze przez wiele lat się nie zestarzeje i nie raz będziemy go wspominać. W przeciwieństwie do wielu innych filmów z 2014 roku. Linklater udowadnił po raz kolejny, że pomimo swoich długoletnich, wizjonerskich pomysłów, jest przede wszystkim specjalistą od błahych, zwykłych, życiowych scen i dialogów. Wycisnął z aktorów wszystko to co najlepsze. „Technikalia” (reżyseria, montaż) to również najwyższa półka.
Znów magicznie opowiedział o codzienności, o chwilach przeciętnej jednostki, o relacjach międzyludzkich. Ten emocjonalny bard stworzył filmowe arcydzieło, umieszczając poprzeczkę na rekordowej wysokości. I szczerzę wątpię, by Linklater przesunął ją chociażby o centymetr wyżej. Bardziej genialnego filmu już nie nakręci. Chapeau bas.

Ocena: 10/10

Całość ogląda się z otwartymi oczami i po ostatniej scenie prosi o więcej,… ale więcej nie ma. Pozostają tylko refleksje w naszej głowie.


  • magnolia

    ciekawe, że wspomniałeś m.in. „Into the Wild”, który faktycznie ma w sobie pewne elementy wspólne, nie tyle w fabule, co w atmosferze i narracji. moim zdaniem film fajnie gra oczekiwaniami widzów, z jednej strony wystawia nas na cierpliwość (bo jednak to nie jest jakaś porywająca historia, w sensie akcji) i jeśli nie zaakceptujemy dość wcześnie takiego rozwijania filmowego opowiadania, to zwyczajnie się znudzimy – a były takie osoby na seansie, które nie dotrwały do końca (nie krytykuję tego, ten film w pewnym sensie jest nudny, ale chyba właśnie w tym tkwi sedno i piękno „Boyhood”). z drugiej strony zaś mamy pewne ciepło, bijące z filmu, fascynującą obserwację, co się dzieje z ludźmi w przeciągu kilkunastu lat, przy czym momentami bardziej fascynowała mnie ten „dorosły”, raczej drugoplanowy, plan. w każdym razie choć film koncentruje się na kilkunastu konkretnych wycinkach czasowych, to całkiem dobrze pokazuje cały ten krąg ludzi, z którymi się stykamy – często przypadkiem, na niektórych jesteśmy „skazani” – a którzy mogą okazać się zarówno interesujący, jak i nieinteresujący, nawet tylko na moment (przypomina mi się teraz ta scena z przyjęcia, na którym są studenci bohaterki Arquette).

    • Akurat wychodzenia z filmu nigdy nie rozumiałem i jest mi obce (też nie krytykuję). Przetrwałem nawet Drzewo życia, choć z lekkim przyśnięciem.
      Myślę, że nie tylko Ciebie interesował drugi plan. Wydaje mi się, że to zależy w dużym stopniu od punktu życia w jakim jesteśmy. Podejrzewam, że zupełnie inaczej odbierałbym ten film jeszcze 10 lat temu. Dzięki za komentarz i poświęconą chwilę na przeczytanie tekstu. Jesteś jednym z moich nielicznych „stałych” czytelników.

      • magnolia

        no cóż, mnie się zdarzyło wyjść z kina po 10 minutach… ale to był „Rękopis znaleziony w Saragossie” – wówczas tak naprawdę nie wiedziałam, na co idę, poza tym kiepsko mi się ogląda polskie filmy w kinie (wada słuchu) ;). natomiast przy „Drzewie życia” w pewnym momencie pomyślałam, że jeśli znów pojawią się te gwiazdy, to naprawdę wyjdę, co wcale nie byłoby takie złe, ponieważ zakończenie strasznie mnie rozczarowało. naprawdę byłabym w stanie znieść te epickie niebiańskie przerywniki, bo zaintrygował mnie bardzo ten wątek z Bradem Pittem, natomiast ten z Pennem tak naprawdę niewiele wnosił, a ta ostatnia scena na plaży ze wszystkimi bardzo mnie zirytował.

        odnośnie wychodzenia z seansu – w pewnym sensie to rozumiem, komuś się nie spodobało, nudzi się, trudno. natomiast trochę zaskakuje mnie wychodzenie w trakcie do toalety. ok, pilna potrzeba, ale jak mnie coś wciąga, to zapominam o całej reszcie. poza tym np. wyjście choćby na minutę w kluczowych momentach „Incepcji” (a było tak kilka razy) jest dla mnie po prostu bezsensowne, chyba że ktoś przyszedł tylko dla towarzystwa – czego ja akurat nigdy nie robię, wręcz przeciwnie, najczęściej oglądam sama. najlepiej w środku tygodnia ;).

        • Polskie udźwiękowienie to kompletna porażka.
          Ja zakładam, że te wyjścia do wc to jakieś emergency. Ale mogę się tutaj mylić :)

  • Pingback: Najlepsze filmy 2014 roku, czyli TOP 10 | zureklukasz.com()