Ból dupy, czyli Janusze rozmawiają o social media


Podobno każdy szanujący się bloger ma na swym koncie tekst o serialu Przyjaciele. Nie, nie, wróć. Każdy bloger pisze od czasu do czasu o blogosferze, daje porady i podsuwa pomysły. Takie blogowanie o blogowaniu – klasyk jak debata o debacie. Przyszła pora również na mnie, tylko, że bez porad i rozwiązań. Uwaga: tekst zawiera ból dupy, heheszki i niecenzuralne słowa. Wszelkie zbieżności z oryginalnymi wydarzeniami, odbytymi rozmowami na różnych polach eksploatacji, wypowiedzianymi tekstami są przypadkowe. Kolejność, autorzy i ich płeć, miejsce, ilość spożytego alkoholu są wymieszane tak, by nie można było zidentyfikować kto, co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego. Do tego szczypta konfabulacji, odrobina kolorowanki i gram ironii. Janusze rozmawiają o social media, czyli taśmy prawdy, kamieni kupa.

Miejsce akcji: plaża nad Wisłą, okolice Plażowej i Tematu Rzeka.
Czas akcji: leniwa niedziela przy techhousach
Bohaterowie dyskusji:
  • Janusz social media nr 1 – kompletny nieogar, nie ma konta na facebookach, twitterach i instagramach, jego telefon ma 16 pikseli, ma ogólnie wyjebane na wszystko;
  • Janusz social media nr 2 – działa w w sieci od lat, sporo pisze, ktoś go nawet czyta, pojecie o mechanizmach poziom średnio-wyższy;
  • Janusz social media nr 3 – ma nikłe pojecie o zasięgach, ale ma za to pojęcie o tłustym jedzeniu, bywa na salonach twittera, snapchata;
  • Janusz social media nr 4 – czasami coś napisze, coś opublikuje, pojęcie o mechanizmach na średnim poziomie, obserwator;
  • Janusz social media nr 5 – kolejny z tych co ma wyjebane na kliki, lajki i szery, ale liznął podstawową wiedzę z sociali;
  • Janusz social media nr 6 – podstawowy użytkownik sociali, raczej pasywny niż aktywny.

Ból dupy, czyli Janusze rozmawiają o social media

Jest niedziela, słońce świeci, burza omija Warszawę. Za kilka godzin za Plażową dj-ką staną Sascha Funke i Saschienne w ramach cyklu imprez Niedziele bez limitu, które są sponsorowane przez jedną z sieci telefonicznych (Virgin zobacz jaki to byłby super wpis sponsorowany! A tak swoją drogą, to ze względu na te niedzielne grania, Plażowa aspiruje do najciekawszego wakacyjnego miejsca muzyczno-plenerowego w Warszawie. Tylko należy pamiętać, że w poniedziałek trzeba iść do fabryki).
Angelo Mike ciska progresywami w nagrzany piasek. Ludzie leżą sobie na leżakach, sączą trunki. Nieliczne jednostki rozpoczynają pierwsze podrygi pod sceną. Kocyk, piasek, zimne piwo. Plumkanie dociera z oddalonej o 200 metrów sceny. Grupa Januszów leniwie odpoczywa.
Janusze

Janusz wypala ni z gruchy ni z pietruchy, tym samym otwierając dyskusję i równocześnie piwo: Buszowałem w netach i nadziałem się na zdjęcie z greckiej plaży jakieś Dżesiki. Reklamowała biuro podróży. To jakaś blogerka modowa. Dlaczego Ciebie (tu zwrot do jednego z Januszy) tak nie wysyłają?
Janusz z rozbrajającą szczerością: Bo mnie nikt nie czyta. Nie mam zasięgów, zaangażowania, statystyk, fanbazy. Zresztą mało piszę.
Inny Janusz: No to jak? Działaj! Jebnij słit focie tu i teraz, wrzuć. Zgarniesz tonę lajków.
Kolejny Janusz: Taaaa, już to widzę. To tak nie działa. Może zebrać co najwyżej 2 lajki od znajomych i to w dodatku jak pójdzie do baru po piwo.
Janusz: Może Janusz kopsnie lajka. On często lajkuje i udostępnia różne śmieci, memy, polityczne śmieszki.
Janusz: Na pewno,… by dostać lajka od Janusza musiałby wrzucić zdjęcie gołej baby leżącej na plaży albo jakieś informacje o pokerze.
Janusz: Czyli nici ze sponsoringu?
Janusz: Chyba, że zakładów bukmacherskich i Playboya.
Janusz: Zawsze możesz nam zasponsorować zimne piwo.
Jeden z Januszów oddalił się do baru w celach konsumpcyjnych złocistego napoju. Januszowa mowa-trawa trwa dalej.
Janusz: Ej, ale przecież ta cała blogosfera to podobno jakiś jeden wielki syf, te same gęby, kółka wzajemnej adoracji. Tak mawiają.
Janusz: Niby tak. Trochę tak to wygląda. Wiesz, ja udostępniam Twoje linki, Ty udostępniasz moje linki, komentujemy u siebie. Jest ruch, tu coś się przypromuje, tam się zwiększy zasięg, tu pozyskasz czytelnika, widza, takie tam cuda-wianki.
Janusz: Czyli lizanie dupy, by Cię ktoś udostępnił?
Janusz: Bezinteresownie to Cię może udostępnić Janusz, tylko co Ci z tego przyjdzie? Najważniejsza jest treść, kurwa content!
Śmiech na kocykach.

Lajki jako waluta

Lajki jako waluta

Janusz: Przecież czasami widzę, co się roznosi po internetach i nie mówię tutaj o kotkach czy jakimś wirusowym pierdoleto.
Janusz: Za ludźmi nie trafisz. Raz będzie żarło przerobione zdjęcie Kurskiego, innym razem obudowany, wzruszający tekst o tym, jak panna dała kwiaciarce 10 zł i przejrzała na oczy. Chociaż w sumie od razu było wiadomo, że obie powyższe rzeczy będą się roznosić. Użyłem złego przykładu. Czekaj, wymyślę jakieś bardziej niesztampowe kejsy.
Janusz: Daruj sobie. Kumam o co chodzi. Otwieraj piwo i nie zaprzątaj sobie głowy teraz tym syfem.
Janusz: Ten jaki wspaniałomyślny.
Pssss, otworzyli zimne browary, jak jeden mąż.

Janusz: Ogólnie mechanizmy są proste. Ktoś coś lajkuje i udostępnia, gdy coś mu się mega podoba, z czymś się zgadza lub po prostu lubi daną osobę. Ewentualnie gdy zgłasza jakiś sprzeciw i chce wywołać gównoburzę. Do tego dochodzi takie sztuczne nakręcanie ruchu i komentarzy. Ja Tobie, Ty mi.  Środowisko „wymusza” takie działanie. Bez interakcji nie ma social media.
Janusz: Zasięg jest wszystkim. Zasięg to komentarze, komentarze to więcej lajków i większy zasięg itd. Efekt kuli śnieżnej. Dodaj tylko content.
Janusz: No no, musisz się udzielać, dyskutować, pisać, crossować.
Janusz: Wszyscy się teraz crossują. To jakaś choroba. Nie uczestniczę w tym cyrku. Pierdolę.
Janusz: Scrossować to sobie mogę z Tobą tego Żywca.
Stuk butelek.
Facebook

Facebook

Janusz: Ale Ty Janusz mógłbyś się z kimś pocrossować, masz jakąś tam bazę, potencjał.
Janusz: Mnie też to jebie. Jestem z innej stajenki, omijam tę całą szopkę. Aczkolwiek jestem świadomy jak to wszystko działa i akceptuję reguły gry. Czasem się gdzieś poudzielam, coś udostępnię. Jak mi się zachce. Ale szybko się zniechęcam.
Janusz: No to w pizdu, darmowych wakacji na Teneryfie nie będzie.
Janusz: Zawsze zostają Mazury z narzeczoną za ciężką kasę z fabryki.
Janusz: A mogło być takie piękne hasło: „za hajs z Instagrama baluj na Maderze”.
Janusz: Januszowa by się nie obraziła.
Janusz: Pierdolisz o tych interakcjach. Ale sorry, kogo to interesuje, co jakiś komentujący (najczęściej nieznany – przyp. red.) ma do powiedzenia.
Janusz: No właśnie – mnie by to kompletnie nie interesowało. No chyba, że to swój ziomek. Ale obca osoba?
Janusz: Czasami zdarza się, że rozwinie się jakaś ciekawa dyskusja – nie można też przekreślać z góry tych całych sociali.
Janusz: Ok. Ale wątpię, by bloger wrzucający tekst ogarniał te komentarze i ze wszystkimi polemizował.
Janusz: Taki mały pewnie jara się każdym, chociaż pewnie to zależy. Średni coś tam jeszcze przeczyta, a taki top bloger osrywa większość komentarzy, sporadycznie na któryś odpowiadając.
Janusz: Liczy się JA! Egocentryzm pełną parą.
Janusz: Ciężko by wchodził w dyskusję przy np. 100 komentarzach. Kto ma na to czas?
Janusz: Zawodowy bloger. Pewnie część przeczyta i jedzie z kolejnym tekstem.
Janusz: W ogóle to jest jakiś paradoks. Taki bloger jest uzależniony od czytelników, statystyk, zaangażowania fanów, a z drugiej strony i tak najważniejsze jest to, co on ma do powiedzenia. On sprzedaje opinię na dany temat. Opinia większości komentujących się dla niego nie liczy.
Janusz: Przecież w większości przypadków opinia blogera i tak pokrywa się z opinią czytelników.
Janusz: Ale na tym fejsie, jak tak trochę prześledzisz niektóre większe fanpejdże, to jak po nitce do kłębka. Komentarze, najczęściej pojawiające się zaraz pod postami,umieszczają blogerzy. Jedna rodzina komentatorów, komentowanie siebie nawzajem na wielką skalę. Te same profile w dyskusjach. Chyba, że już wszyscy mają blogaski.
Janusz: Może blogerzy nie mają zwykłych znajomych, nieblogujących, czy nie pracujących w branżuni. Stąd w kółko te same nazwiska. Wszyscy się obserwują. Jak w peletonie na Tour de France podczas górskiego etapu.
Janusz: Ja tam nie mam ziomków blogerów.
Janusz: A ja?
Janusz: Ty to jesteś popierdółka nie bląger.
Janusz: A w ogóle to zjebałeś. Trzeba było wymyślić chwytliwą nazwę i wypromować się anonimowo. A dopiero później zmienić i lansować się pod swoim nazwiskiem. Tak robi większość. W dodatku to Twoje zamiłowanie do łączenia żółtego z czarnym. Kretyn.
Janusz: Sugerujesz, że powinienem najpierw coś publikować pod fikuśną, kretyńską domeną a nie pod nazwiskiem… hmmm. Coś w tym jest, ludziom łatwiej się w takie rzeczy klika.
Janusz: A chuja tam. Przecież widzę, że nie klika. Sam mam fikuśną domenę. Ale można zauważyć pewną tendencję – ludzie jako fanpage to Cię lajkują, ale z prywatnego to już lajka sknery nie dadzą.
Janusz: Ja też w wielu przypadkach komentarz traktuję jak reklamę. Przecież piszącego moja opinia na dany temat nie interesuje. Tak samo jak mnie nie interesuje, co on myśli o danym temacie. He he he.
Janusz: Czyli wszyscy w koło kręcą pierdololo. A jacyś gimbo-janusze się tym jarają, nakręcają, robią ruch górze blogosfery, a tamci wrzucają foty na Instagrama w kampanii reklamowej za 5 klocków albo kręcą filmy na jutuba i zbierają mamonę. Ostro.
Janusz: Uogólniasz.
Janusz: Pewnie, że uogólniam.
Janusz: No ale na jutubie to chyba to ciut inaczej działa? Słyszałem, że tam są jakieś wojenki. Raczej sztamy i crossów nie uświadczysz.
Janusz: A tam nie uświadczysz. Konflikty generują ruch i przepływy ludków. A crossują się już praktycznie wszyscy.
Janusz: Też myślałem, że na Youtube się w takie rzeczy nie bawią, ale jak wszedłem w komentarze pod filmikiem jednego twórcy, to pierwsze co zobaczyłem to nicki podobnych jutuberów.
Janusz: Filmik zbiera odsłony, to i inni się podczepiają. I oczywiście wszyscy później stwierdzają, że nie oglądają.
Janusz: A pamiętasz, jak jeszcze Youtube nie był taki trendy i wymyśliłem dla Ciebie fuchę. Miałeś prowadzić talk-show. A teraz widzę, uprzedził Cię ten motywator 20m2 Jakóbiak. Mogłeś czesać 170 zł za wykłady motywacyjne dla szerokiej publiki. Dobrze, że Cię chociaż stać na niedzielnego browara. Nadawałbyś się na prowadzącego. Syn Wojewódzkiego.
Janusz: Znowu w życiu mi nie wyszło. Pomysł Januszu miałeś iście genialny. Wyprzedzający swoje czasy o kilka lat.
Janusz: Widzisz jaki ze mnie innowator?
Janusz: Jesteś taki nowoczesny, że jak chcesz dowiedzieć się o wynik meczu, to wysyłasz mi esa z pytaniem, bo w telefonie nie masz netu. Innowatorze.
Janusz: Mam dla Was Janusze genialną myśl. To może piszcie kilkuzdaniowe notki, nie poświęcajcie na nie 5 dni, a cały czas i energię przełóżcie na spamowanie internetu? Może wtedy wypłyniecie i popłyniecie ze sponsorem na jakąś ciepłą wyspę.
Janusz: Czuję, że popłyniemy zaraz na parkiecie, niebawem gwiazdeczka wieczoru. Nóżka już chodzi.
Pssss. Dwóch Januszów odpaliło kolejne bronki.

Social media

Social media

Janusz: Te wasze durne techhousy. Syf, nie muzyka. Gdzie ja z Wami znowu przyszedłem.
Janusz: Ale wiesz, takie spamowanie i komentowanie to ciężki kawałek chleba. Niekończąca się praca, Syzyf i te sprawy. W dodatku musiałbyś wtedy pisać grzecznie i na temat, bez szydery, sarkazmu itd. Gdzie tu fun?
Janusz: I do tego nie masz pewności, czy by to dało jakiś wymierny efekt. Content is king – pamiętaj. Dopiero później wodotryski.
Janusz: No ale u Ciebie to nawet ten content by się znalazł. A coś publiki nie widzę. U mnie to wpisów jak na lekarstwo, więc wiadomo – bryndza. Nawet spamowanie nic nie da.
Janusz: Nie bawię się w lizanie dupy. Pierdolę konwenanse. Ale coś z tą długością notki musi być na rzeczy. Trzeba pisać krótko, ludzie przecież nie mają czasu, po kilku sekundach przeskakują do nowego okna.
Janusz: Generalizujesz. Może przeciętny użytkownik netu szybko się nudzi i tl;dr, ale jakiś dojrzalszy czytelnik już jest w stanie przeczytać dłuższą, ciekawą wypowiedź.
Janusz: Ty i tak nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Czy to krótkiego czy długiego.
Janusz: Touche.
Janusz: Coś w tym jest.
Janusz: Wszystko śmiesznie, ale jak ostatnio czytałem jedną notkę, to myślałem, że zejdę. Normalnie epos. Wynurzenia na temat odcinka serialu.
Janusz: Ktoś miał wenę i się podjarał – więc wystrzelił długaśne przemyślenia.
Janusz: Zgoda, każdy robi i piszę to co chce. Wolna wola. Ale to było takie klasyczne „pierdololo naokoło”.
Janusz: Trzeba było olać.
Janusz: Przescrollowałem do podsumowania.
Janusz: A Ty z naszej rozmowy stworzysz też w pizdu długą notkę, z której nic nie wynika, co więcej, nikt jej nie przeczyta. No dobra, może Janusz, bo on jest wiernym fanem Twoich tekstów. Tylko, że będziesz musiał do niego zadzwonić i poinformować, że jest nowy tekst na stronie.
Janusz: A to nie masz subskrybcji jego strony?
Janusz: Czego?
Janusz: Eeeeeh LOL, cały Janusz.
W tym momencie nastała kilkusekundowa standardowa już beka z januszowego obycia internetowego…

Janusz: Walcie się, nie będę subskrybował żadnych stron. Mam w ulubionych dodane moje trzy, które codziennie odwiedzam, reszta mnie nie interesuje. Zresztą nawet nie wiem z czym to się je. Wyjebane mam na Wasze blogi, blogosferę i faszynelki.
Janusz: Ale pewnie jakaś Beka z mamuś na forach, Niemodne Polki albo inne Rada Etyki Social Media by Ci podpasowały. Kręcą śmiechy z internetów.
Janusz: No no, podśmiechujków trochę w necie jest. Mogłyby go takie strony zainteresować.
Janusz: Obczaję. Znajdę.
Mówiąc to z szelmowskim uśmiechem, wyjmuje swoją starą Nokię i wpisuje „beka z mamuś na forach”. Janusze już nie zwracają uwagi na ten kultowy model komórki. Nie robi na nich wielkiego wrażenia. Natomiast sąsiedzi na kocach obok z niedowierzaniem patrzą na komórkę Janusza.
Janusz: A właśnie tym Abstrachujom się udało. Ale powiem Wam, że chyba nie jestem ich targetem. Niby widziałem kilka filmików i tyle.
Janusz: Oj bo Ty, ja czy Janusz używamy tuba głównie do muzyki a nie do oglądania jutuberów. Nie oglądasz przecież gejmplejów czy innych pranków.
Janusz: A wiecie, że jeszcze nie widziałem tego słynnego pająka Wardęgi…
Janusz: Brawo Janusz.
Janusz: A niby po co ma oglądać tych jutuberów? Kiedyś przez clickbite’a z Onetu wszedłem na tych stronniczych. Chyba był to schyłek ich działalności. Wyłączyłem po 30 sekundach, dziwiąc się, że ludzie to oglądają i czekają na kolejne odcinki.
Janusz: Niezbadane są wyroki internetów.
Janusz: Vox populi, vox Dei – jak to mawiał nasz profesor od fizyki.
Janusz: Ho ho, erudyta.
Janusz: Lekkie rzeczy, głupawki mają większą oglądalność, siłę przebicia.
Janusz: Wiadomo. Ale tamci jakoś wypłynęli i teraz mają już znane nazwiska, książkę i zasięgi. Jeden chyba spamuje Twittera, drugi coś tam kręci.
Janusz: No to może fociłbyś laski a nie jakieś budynki i ulice.
Janusz: Cyc wszystko sprzeda.
Janusz: Ja sobie cykam dla funu. I to co mnie otacza. Dobrze mi z tym. Mogę cyknąć cyca Janusza co najwyżej.
Janusz: Takim kontentem to zasięgu nie zdobędziesz. W dodatku dostaniesz bana.
Janusz: To może walnij status pod publiczkę. Wymyśl coś. Coś o związkach partnerskich, in vitro, z sentymentalną naleciałością. Copywriter level master płakał jak pisał. Wiesz, coś długiego, coś co złapie większość za serce, z czym 80% będzie się identyfikowało, a dla 20% będzie kontrowersyjne. Poleci shitstorm, udostępnienia, komentarze, łzy wzruszenia. Rozniesie się po internetach jak szarańcza.
Janusz: Mój prywatny profil jest prywatny.
Janusz jebnął złotą myśl, aż zagrzmiało nad warszawskimi mostami.
Janusz: No tak, Ty nie zapraszasz/nie przyjmujesz do znajomych ludzi, których nie znasz osobiście. Głupiś! Masz być osobowością, osobą publiczną.

Social media ból dupy

Social media ból dupy

Janusz: Może Ty spróbuj. Ja profil prywatny traktuje dość poważnie. Stąd moich genialnych wynurzeń nie klika po kilku sekundach od umieszczenia 1258 osób i to bez przeczytania.
Janusz: Bo kurwa nie masz tylu znajomych. No i nie wchodzisz z nimi w interakcje, no może poza grupą bliskich znajomych.
Janusz: Bo są one genialne tylko dla Ciebie i może garstki osób.
Janusz: Bo może nikt ich nie widzi, nie przebijają się przez fejsbukowy edge rank.
Trzech Januszów przekrzyczało się niemal równocześnie.
Janusz: Dobra, czyli zostaje Instagram, tam macie konta publiczne. Tam podbijecie internety.
Janusz: Ale wiesz, my co najwyżej chcemy podbić na parkiet i do baru.
Janusz: Albo do jakieś niewiasty.
Janusz: A na Instagramie takie samo bagno co na fejsie? Też kliki i podobne mechanizmy polubień i followersowania? Zdjęcia same się nie bronią? Przecież to serwis do publikacji zdjęć.
Janusz: W wielu przypadkach się bronią. Ale przecież tu nie chodzi o jakość fotki. KAMĄ. Chodzi o jednostkę, nazwisko. Ogólnie rzecz biorąc ten sam syf.
Janusz: Przeważnie nie dostaniesz follow, jak samemu kogoś nie zaobserwujesz. A jak nawet ktoś się zainteresuje Twoim profilem i stwierdzi: „ooo masz ciekawe zdjęcia w feedzie”, to follow nie da. A jak jakimś cudem zaobserwuje, to albo jest początkujący albo jak w ciągu kilku dni nie odwzajemnisz, to cię usuwa z obserwowanych. Idiotyzm. Dziwne to wszystko. Jak mi się jakiś profil na insta podoba, to klepnę obserwację i tyle.
Janusz: Oczywiście malutcy, początkujący chętniej dodają profile, ale im „większy” profil tym trudniej o follow. Poza tym musisz naprawdę czymś się wykazać. Kreatywnością, sprawnym okiem, pomysłem. Chyba, że jesteś gwiazdą jak Szczęsny, Krupa.
Janusz: Albo jesteś znany z tego, że jesteś znany.
Janusz: Ale insta to  kilka różnych światów. Są sławne nazwiska, które ludzie chcą podglądać, są blogerzy, jest miejsce dla pro fotografa i fotografa amatora, zajawkowicza i zwykłego Janusza. Wszystko w jednym sosie. Choć oczywiście mechanizmy podobne.
Janusz: Czyli znów pozostaje: ja Ciebie, Ty mnie? Ja jebie. Czyli ciężka orka. Obserwujesz i komentujesz, zbierasz followersów, jesteś sławny, jak ta Dżesika.
Janusz: Trochę tak. Typowy social. Interakcja. Tak to się wszystko kręci.
Janusz: Tylko komu się chcę później przeglądać instagramowego feeda w telefonie, jak masz dodane 300 osób. Więc nie przeglądasz, nie dajesz lajków, nie dostajesz lajków. Koło się zamyka.
Janusz: O czym Wy pierdolicie? Dzieci płodzić, rodzić i wychowywać. A nie na stare lata podbijać internety. Rozmnażać się.
Janusz: No przecież rodzimy. Trzeba założyć bloga parentingowego. Największy hit. I jaki potencjał marketingowy. Przecież właśnie nasze pokolenie zaczyna rodzić na potęgę.
Janusz: To chyba się trochę spóźniłeś. Takich blogów jest już więcej niż włosów na Twej łydce. Torcik zajęty.
Janusz: Musiałbyś powalczyć o czytelników, wyrobić nazwisko itd. Przerobić to całe bagno, o którym rozmawiamy.
Janusz: Kurwa. Znów się spóźniłem z pomysłem.
Janusz: To co? Zakładasz konto na Insta? Podpowiem Ci kilka chodliwych hasztagów.
Janusz: Pojebało? Pierdole to. Co Ty mi tu chcesz wcisnąć. Jeszcze mi to wypali i będę musiał czytać pod zdjęciem teksty w stylu: Januszu a gdzie kupiłeś te spodnie?
Janusz: No to będziesz odpowiadał, że w H&M czy innym Wranglerze.
Janusz: Jeszcze te hasztagi. Matulo… Dajcie żyć.
Janusz: One zwiększają zasięgi, ale to tylko przy maluczkich. Jak będziesz duży i sławny jak np. Dżesika,  to możesz srać na hasztagi. Gimbazie i tak się to wyświetli, a jak nie to same wejdą na Twoje konto i będą wciskać serduszka. Musisz mieć tylko znane nazwisko i pobudzać tłumy, być cewebrytą, influencerem.
Janusz: To może ja zostanę już tym Januszem.
Janusz: Booosz ale smutne czasy.
Janusz: Od razu smutne. Źle Ci?
Powiedział Janusz do wstających Januszów. I oddalili się pod scenę z uśmiechami na twarzy. A tam czekały na nich soczyste techhousowe brzmienia.

Przy pisaniu tego tekstu nie zginął żaden Janusz. Fizycznych uszczerbków na ciele również nie stwierdzono. Stwierdzono za to ubytki w mózgu i portfelu.